piątek, 5 grudnia 2008

Mikołajkowo:)

Przesadziła Mariola zupełnie z uśpieniem aktywności blogowej... Chyba trochę śniegowa falunowa pierzynka się do tego przyczyniła..;). I szaleństwo naukowe z ostatnich tygodni pewnie na pewno też.

Falun przykryte białym śniegiem wygląda uroczo, zwłaszcza wieczorem kiedy w każdym niemal oknie zapalone są lampki, świeczki i co tam jeszcze daje światło. To taki szwedzki bardzo pieczałowicie pielęgnowany zwyczaj - zamiast światła dziennego, którego w grudniu naprawdę niewiele jest, ulice i domy rozświetlane są dodatkowo takimi światełkami. Obiecuję przed wyjazdem jeszcze wrzucić zdjęcia, aby to trochę bardziej zobrazować:).
W penym stopniu Mariolka uległa szwedzkim zwyczajom okiennym i skusiła się na udekorowanie swojego jedynego okienka w pokoju aby było bardziej "klimatyczno-szwedzko-świąteczne";). Przez cały proces nawlekania ozdób na nitki i przewieszania ich przez karnisz towarzyszyła mi już nutka świątecznego nastroju;). Próbka efektu do podziwiania na zdjęciu:).

Ach, i ten przyjemny temat - za 6 dni wskakuję w pociąg, jadę na Arlandę i potem fruuuuuu:) Naprawdę nie mogę się doczekać:) I mam nadzieję, że Warszawa przywita mnie ciepło - chociażby promykiem słońca, kiedy wstanę rano:). Słyszysz słońce;)?

wtorek, 18 listopada 2008

gdzieś między Szwecją a Polską...

jest Mariola...

Odkrywcze jak nie wiem co;). A tak serio, to trochę więcej sensu powinno dać wyjaśnienie, że właśnie Mariola jest w trakcie pisania pracy zaliczeniowej o szwedzkim i polskim systemie emerytalnym. To tak gwoli wyjaśnienia tylko.

Znowu w Mariolkowe życie nie wiadomo skąd wtargnęło niedobre szwedzkie przeziębienie i od piątkowego wieczoru nieustannie Mariolę wkurza. Bo żadne sposoby Mariolkowe sobie z nim nie radzą, a jak Marioli coś nie wychodzi tak jak chce to jest zła. Ot, a problem to tym większy, że na weekend zaplanowała sobie Mariola, że napisze o tych systemach i typologiach welfare state, ale zatkany nos i gardło spowodowały brak kontaktu Marioli z jej półkulami mózgowi i w rezultacie siedzi Mariola i kończy pisać pracę właśnie teraz:).

Ach, bo zapomniałabym.. Mimo kondycji niewątpliwie odbiegającej od normy (a może właśnie dzięki temu?) udało się Marioli wzbogacić szwedzkie doświadczenia kulinarne w postaci ugotowanego rosołu (nie z kostek Knorra;)) i ogórkowej z babcinych ogórków dostarczonych przez Niemkę polskiego pochodzenia. Ach, och i mniam:).

A pogoda to już nie sprzyja totalnie.. Może znajdzie się ktoś, kto odpowie na apel;) "Podaruj mi trochę słońca"?;)

piątek, 14 listopada 2008

wy-czerpanie

A tak właśnie - wy-czerpujące były ostatnie dni. Z dzisiejszym wieczorem włącznie;). Przede wszystkim to "zasługa" tego, że od tygodnia niemal nieugięcie walczę z kolejnymi typologiami welfare state a przez jakiś czas odczuwałam nawet, że to one walczą ze mną;). Póki co wygrałam i nawet "podwójny Saxonberg" nie dał mi rady.

Z kolei aby sie uodpornić na kolejne mające nadejść starcia rozpoczęłyśmy dzis z Asią intensywne przygotowania w postaci treningu kick boxingu;). I nie śmiać się proszę, że pacyfistycznie nastawiona do świata Mariola jakoś się przekonała do walenia z całej siły pięściami;). Asia żyje, ja jeszcze też - zobaczymy czy jutro będziemy mogły się ruszyć;). Może z czasem nawet uda nam się dojść do momentu w którym będziemy zadawać ciosy robiąc jednocześnie pompki;), bo dziś to nawet pomki zrobić nie mogłam niestety. Tak więc czwartkowe wieczory od dzisiaj zostają dedykowane kick boxingowi. Nad planem na kolejne dni musimy jeszcze popracować:).

Z małych obserwacji falunowej infrastruktury - przy przejściach dla pieszych zainstalowane są puszki z przyciskami takimi jak w Polsce dla przyspieszenia zmiany świateł, ale... puszeczki są podświetlane światełkiem aby było wiadomo gdzie przyciskać;), a światełko włączane jest fotokomórką - na zwykłym przejściu dla pieszych w Falun:).

poniedziałek, 10 listopada 2008

Na raz, na dwa...

....świat za uszy dziś złap;).
Ależ dzisiaj natchnienie złapałam dzięki piosence Majki Jeżowskiej - przypomniała mi się jakimś dziwnym przypadkiem i przypomniałam sobie, jak mając kilka lat ledwie ćwiczyłam na niej swój głos. Jak wiadomo gwiazdą muzyki rozrywkowej nie zostałam, ale co się moi domownicy nasłuchali..;).

W ogóle dzisiaj Mariola w dobrym humorze jest - pewnie w dużej mierze to zasługa tego, że w koncu pokryła swoje odrosty na głowie nowym kolorem i błyszczy teraz na czerwono;) (ach, tak niewiele potrzeba kobiecie do szczęścia - no, może jeszcze jakaś nowa para butów;)).

Doszło w ogóle do niesamowitych rzeczy tutaj w Falun - sama z siebie zmuszam się aby wstawać wcześniej i korzystać trochę ze światła dziennego, bo jak w ciągu weekendu budziłam się w okolicach polskiej pory obiadowej, to łącznie przez weekend cieszyłam się tym światłem przez 4 godziny:/.

Nietypowo też spędziłam Dzień Wszystkich Świętych - bo na imprezie na statku między Szwecją a Wyspami Alandzkimi. Co się tam działo, to nawet się największym filozofom nie śniło. Totalny zanik jakichkolwiek hamulców u Szwedów kiedy są poza krajem i kiedy się napiją tak, że ledwo włóczą nogami. Aż momentami żałosne. Sama nie potrafiłam się bawić na parkiecie pokrytym warstwą potłuczonego szkła, ale warto było zobaczyć to wszystko na własne oczy w celach poznawczych;). Tak sobie neutralizuję dysonans po wydaniu kilkuset koron;). A może po prostu nie poczułam bluesa bo nie wlałam w siebie wystarczającej ilości procentów;)?

I żeby nie było, że Mariola tylko imprezuje;) - młoda koordynatorka nowego kursu to taki mały czeski tyranek i dba o to, aby nie nudziło się nam w mniej i bardziej wolnych chwilach. Co oczywiście nie przeszkadza w kończeniu pisania tekstu na seminarium tuż po powrocie z imprezy;). No ale kto wyznacza deadline na 11 rano w niedzielę? Brak jakichkolwiek szans na obudzenie się:).

środa, 29 października 2008

Pierwszy psi bobek i pierwszy śnieg;)

To żeby nie było tak tajemniczo, mówię od razu o co chodzi;). Śnieg spadł, i owszem, ale w Borlange, 20km od Falun. U mnie pada dzisiaj niestety deszcz, ale liczę na to, że niedługo będę mogła się nacieszyć już śniegiem - przynajmniej powinno się wtedy zrobić widniej;).

Co do psich kup... Szwedzi nie są takimi fanami psów, jak Polacy, co wynika z wielu czynników,a le nie będę tutaj wykładu robić. W każdym razie niewielu jest właścicieli czworonogów przechadzajacych się po mieście czy terenach zielonych, a jeśli już taki Szwedz wybierze się na spacer, to koniecznie po psie swoim sprząta! (Ach, tak mi się Warszawa przypomniała... - zastanawia mnie co gorsze - potop szwedzki czy potop psich odchodów, który obejmuje we władanie stolicę w okresie roztopów..;)?). Wracając do Falun, chyba dwa dni temu szłam sobie z Asia jedną z głównych uliczek w centrum miasteczka i zobaczyłam na bruku coś, z czego zdałam sobie sprawę dopeiro dobrą chwilę później, bo cieżko było mi w to uwierzyć... Na kocich łbach Asgatan leżała psia kupa! Niesamowite, jakiego szoku może człowiek w takiej chwili doznać..;) Moje przypuszczenie jest takie, że właściciel tego stworzenia, które zostawiło bobka na ulicy nie mógł byc Szwedem.

To może jeszcze o Szwedach trochę, bo to wdzięczny temat;). Ich szacunek do prawa i wszelkich regulaminów, regulacji itp. jest niezwykły.
Dobrą ilustracją tego będzie mała historyjka z życia wzięta. Otóż pewnego piątku wybrał się pewien szedzki student z grupą znajomych do Karen - miejsca, gdzie w piątki imprezują studenci. Jako, że Karen należy do tutejszego zrzeszenia studentów, aby wejść do środka należy okazać kartę poświadczającą wpłatę opłaty członkowskiej i dokument potwierdzający tożsamość i wiek. Kolejna cecha imprez w Karen jest taka, że w roli DJów pojawiają się studenci należacy do Falunowego zrzeszenia. Tak się złożyło, że ów rzeczony Szwed grywał kilkakrotnie już na piątkowych imprezach. Feralnego wieczoru zapomniał jednak karty studenckiej i nie było przebacz. A przecież ochroniarze i zwłaszcza ekipa obsługująca cały przybytek (też studenci-wolontariusze) znali go wcześniej. N
ie jest mi trudno wyobrazić sobie, ze w tej sytuacji w polskim klubie jednak taka osoba wchodzi. A tutaj to nie przejdzie. Regulamin jest regulaminem.

środa, 22 października 2008

Jag talar lite svenska;)

Haha, dzisiaj (wczoraj już;)) Mariola miała egzamin ustny ze szwedzkiego. Na 9. rano(!). W grupie z Litwinem i Wietnamką. Jak jeszcze Litwina dało się jakoś zrozumieć (w sumie to nic dziwnego - piliśmy już kiedyś pędzony przez niego bimber;)), to szwedzki w wydaniu wietnamskim brzmiał niemal po chińsku. Swoim kaleczeniem się chwalić nie będę;).

Obecnie przeniosłam się duchem do Krakowa razem z moim ukochanym Marcinem Kydryńskim i jego siestą... Hmm... ależ mi się marzy takie posiedzenie w knajpce z cudowną muzyką... Kraków też chętnie bym odwiedziła, bo i dlaczego nie;). O Warszawie nie wspomnę:).

Miniony weeken obfitował w szaleństwa Britsenowe. Wymyślone przez naszą polską kobiecą ekipę Fancy Dress Party okazało się być strzałem w dziesiątkę. Ludziska dopisali niesamowicie i wykazali się wszyscy przy tym niemałą kreatywnością, bo jednak w Falun nie ma nieogranizonego dostępu do wszystkiego i możliwość zakupu czy zorganizowania czegoś jest niewielka. Ale jednak dla studentów nie ma nic niemożliwego. Były więc wampiry, śmierć z kosą, gejsze, politycy, biznesmeni, żaby, anioły, robokop, wiedźmy, kowboje, narkomani... Całe mnóstwo najróżniejszych postaci. Oczywiście największa furorę zrobił sześcioosobowy Polish Cleaning Team organizaujący imprezę;). W sumie to ta cała koncepcja z przebraniem miała sporo sensu, bo następnego dnia trzeba było posprzątać cały bałagan po wszystkich.

Zapomniałam sie chyba czymś pochwalić - jakiś czas temu odwiedziłam w końcu osławiony Systembolaget w celu nabycia alkoholu. I całkiem pozytywnie zaskoczyły mnie ceny winnych trunków - Concha Y Toro i Jacob's Creek dostępne nawet kilka zł taniej niż w Polsce. A w sumie, to dlaczego mnie to dziwi, skoro w Polsce są jedne z najdroższych win... Ech, w każdym razie ucieszyła się wtedy moja buzia, że jednak z ulubionego napoju nie muszę rezygnować, a nawet mam szansę popróbować czegoś nowego. Szkoda tylko, że nic gruzińskiego na półkach nie stało... Będę musiała nadrobić podczas pobytu w Warszawie i udać się do sympatycznego pana z Wine House w Wileniaku;).

I chyba z racji coraz krótszych dni (niestety nadeszły..) znów bardziej będę sympatyzować z trunkami w mojej ukochanej barwie;). Właśnie - słońca mi brakuje ostatnimi dniami. Dzisiaj po przebudzeniu się o 7:30 z przerażeniem stwierdziłam, że jest ciemno jeszcze....

Może trzeba będzie jakieś gorące południowe klimaty odwiedzić w zimie..;)?

A właśnie... Niedługo już listopad i nad sylwestrem tegorocznym trzeba już myśleć...:)

A póki co, położę się chyba spać wczesniej niż zwykle:)

wtorek, 14 października 2008

Wycieczki, kosteczki i inne przygody

Dlaczego ten czas tak mi przez ręce tutaj ucieka? Śpię, idę na zajecia (jeśli je mam;)), gotuję, jem, gadam, plotkuję, bawię się i tańczę, czasem pobiegam, czasem coś poczytam, ale w sumie nic konstruktywnego nie robię, a czas uciekaaaaa... Nie podoba mi się to, o nie. Chyba trochę brakuje mi mojego warszawskiego organizera, w którym każdy dzień zazwyczaj zapakowany był od rana do późnego wieczora. Nie za wcześnie za tym tęsknie;)?

Do rzeczy Mariola. Po bardzo intensywnym weekendzie przyszedł czas, aby znowu coś napisać:).
Sobota miniona upłynęła pod znakiem Uppsali - najstarszego ośrodka uniwersyteckiego w Szwecji, do której zaprosił nas na wizytę do swojego domu nasz prof. prowadzący kurs o kulturze szwedzkiej, co o tyle jest niespotykane, że w Szwecji raczej nie jest powszechne zapraszanie ludzi do domu (poza wąskim gronem najbliższych przyjaciół). No ale - prof. Tekeste jest Etiopczykiem;), tyle że ożenionym ze Szwedką. Do tego bardzo sympatyczną i niesamowicie otwartą. Tak więc grupą 24 osób zrobiliśmy studencki najazd na XVIIIw. dom profesora (wynajmowany od Uniwersytetu), w którym królowały książki:). Lunch pomyślany został na nutę włoską - pasta z pomidorami i sałata do tego. Współprzyrządzane przez nas;). Dobrze, że mieliśmy w gronie naszym chociaż jednego Włocha, który mógł czuwać nad wszystkim. Nieważne, że sam się przyznawał, że kuchnia to nie jego królestwo;). Wyszło pysznie. A na deser wyśmienita kawa i ciemna czekolada, czyli to, co Mariolki lubią najbardziej;).

Zaczerpnęliśmy więc Uppsalowego powietrza, które to jednak różni się nieco od tego w Falun, bo miasto jednak większe i więcej studentów w nim można spotkać .Z ciekawostek typowo studenckich można dorzucić, że za 50 koron można przez całą noc bawić się we wszystkich 13 studenckich klubach, które znajdują się w centrum miasta. Moja trzyosobowa ekipa udała się jednak ostatnim pociągiem powrotnym do Falun. Nie do końca przespana noc dawała się bardzo we znaki. Tym bardziej w pociągu, bo nie było już wolnych miejsc siedzących, a Mariola poza tym nie miała nawet biletu, bo zwyczajnie już nie było. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że po jakiejś pół godziny spędzonej na dywanie za siedzeniami (notabene dokładnie w tym samym miejscu podróżowały nasze walizki, gdy przybywałyśmy do Falun pociągiem w sierpniu;)) udało nam się zająć jakieś zwolnione miejsca. A z racji tego, że nikt z obsługi pociągi nie przychodził przez długi czas na kontrolę biletów udało mi się też sporo zaoszczędzić na bilecie, który kosztuje sporo więcej, gdy jest kupowany w pociągu. Natomiast po przesiadce w Borlange do Falun (jedna stacja 20 min. jazdy) konduktor pytający o bilety na moje stwierdzenie, że chciałabym kupić bilet do Falun poprosił abym raz jeszcze powtórzyła mu, gdzie chcę jechać, po czym uśmiechnął się i poszedł dalej. Ach, ma się ten urok;).
Po męczacej drodze powrotnej jedyne, o czym Mariola marzyła to był gorący prysznic w przepysznym kakaowym żelu z Ives Rocher i ułożenie się do łóżeczka. Co też uczyniłam, nie przeszkadzając sobie w spaniu przez kolejnych 13h.

A teraz pora w końcu sie trochę wziąć za naukę, bo już za tydzień mam ustny egzamin ze szwedzkiego (dobre sobie;)) i koniec kursów się nieuchronnie zbliża, co oznacza, że trzeba oddać też końcowe prace. Ojej, ojej.

Dzisiaj z kolei Mariola zarobiła swoją pierwszą zapłatę za pracę wykonaną na ziemi szwedzkiej;). Po dobrych kilku, a może nawet więcej niż kilku miesiącach przerwy znowu sięgnęłam po nożyce fryzjerskie. I po raz kolejny doświadczyłam, że sprawia mi przyjemność zabawa nimi. Może z tą zabawą trochę przesadziłam;), ale jednak. Lubię. Odważna Ania, której podcinałam włosy wyszła ode mnie zadowolona;), a przy okazji dostałam jeszcze kolejne zgłoszenia. Och, już się doczekać nie mogę;).

Książka do szwedzkiego chyba właśnie do mnie przemówiła;). Pora zrobić coś konstruktywnego.

sobota, 4 października 2008

Id al-Fitr i Oktoberfest w Falun

Znowu Mariola się zaniedbała w pisaniu. Mariola przeprasza. Siebie samą też. Małym wytłumaczeniem niech będzie, że dużo się po prostu działo w ostatnim czasie. Na przykład Mariola duuuuużo spała. O tak - warszawskie łóżko pewnie byłoby zdziwione, gdybym tak długo w jednym podejściu na nim sie wylegiwała i samo zaczęłoby mnie sprężynami wykopywać;). Na szczęście falunowe nie zna wcześniejszego mariolkowego trybu życia i nie robi problemów w tym względzie, a wręcz przeciwnie;).

W samym Britsen działo się mnóstwo ciekawych rzeczy. Tydzień temu akademik przeżywał oblężenie różnych dziwnych postaci rodem z lat 80. bo motywem przewodnim imprezy były właśnie te lata. Niektórzy naprawdę nieźle się wczuli;).

We wtorek z kolei pierwszy raz w życiu miałam okazję wziąć udział w Id al-Fitr (święto na zakończenie Ramadanu). A więc kolacja z tradycyjnymi pakistańskimi potrawami - pyyyyszne, baaaaardzo dobrze przyprawione mięsko i dużo różnych dodatków w postaci warzyw i specjalnie przygotowywanych naleśnikopodobnych placków;). No i ciekawostki w postaci słodkiego zielonego ryżu i niesamowicie żółtego deseru, który smakował wręcz nieziemsko. Mniam, mniam. Natomiast na kolacji sie nie skończyło. Potem brzmiąca egzotycznie muzyka i tańce. Co było o tyle specyficzne, że pewnie było tam ok. 40 Pakistańczyków płci męskiej jedynie i w pewnym momencie tylko 5 kobiet - Polek. W sumie można było doświadczyć tego, jak czuje się zwierzyna otoczona przez myśliwych.... Ale bogatsze jesteśmy w nowe doświadczenia:) I w sumie nie było tak strasznie;).

Na nasza prośbę Pakistańczycy (niech będzie, że trzech;)) przygotowali nam następnego dnia tego pysznego pikantnego kurczaka, a wczoraj w ramach rewańzu zamieniłyśmy z Asią moją kuchnię w fabrykę ruskich pierogów;). Wyszły pyszne, chociaż miałyśmy małe problemy ze skompletowaniem składników, bo jak się okazuje w Szwecji nie znają czegoś takiego jak pospolity twaróg. Tak więc ukochanego sernika nie ma z czego niestety zrobić. Z farszem do pierogów udało sie o tyle, że po dokładnym obejrzeniu wszystkich w miarę miękkich serów w lodówce znlazłam coś, co w konsystencji przypominało twaróg, a było jakimś serem sałatkowym odrobinę podobnym do fety, ale mniej słonym.

Wieczorem natomiast w Karen (Student Union House) świętowaliśmy Oktoberfest. Z bawarskimi barmanami i szerokimi uśmiechami.

Kończę, bo skończyły mi się chipsy i nie mam skąd natchnienia więcej czerpać;).

A gdyby ktoś szukał czegoś na umilenie szarych jesiennych dni, polecam Milly Quezada i utwór "Caro";).

środa, 24 września 2008

Zawsze coś - gdzieś - nie wiadomo gdzie

Rano podniosło się Marioli ciśnienie - powodów nie będę zdradzać, ale nawet dobrze złożyło się, że poszłam na poranną grupę seminaryjną, bo trochę po drodze ochłonęłam.
Btw. bałagan sie porobił straszny wczoraj z grupami właśnie i część studentów została przypisana do obydwu po zredukowaniu trzeciej - mojej. Rozdwoić się miałam też ja, ale podarowałam sobie popołudniowe zajęcia. W końcu trzeba odpocząć po bardzo męczącym tygodniu;).

W drodze powrotnej postanowiłam trochę zboczyć z utartego przez miesiąc szlaku, korzystając z tego, że wracałam sama;). I jakaż mnie nagroda za to spotkała:). Znalazłam swoją "Drogę pod Reglami" w Falun. Tak wymarzone miejsce do biegania, że kiedy już zbliżałam się do Britsen myślałam tylko o tym, żeby najpierw zjeść (a jakże:)), a potem włożyć butki i wypróbować nowy teren.
Wszystko świetnie - byłam pod wrażeniem, jaką mam piękną trasę. Moje serducho również:D. Trochę odwykło od wzniesień i uniesień;). Ostatnio zaserwowałam mu trochę takiego wysiłku w lutym na obozie w Zakopcu. Teraz trzeba wybierać się tam trochę częściej. Szkoda tylko, że wciąż nie mam żadnej mapy - starałam się wprawdzie biegać też na przełaj, ale trochę się obawiam, że zapedzę się za daleko i trafię na jakiegoś łosia czy coś;).

A w ramach "rozciągania" po treningu - wizyta w Etage;).

poniedziałek, 22 września 2008

złota polska jesień w Szwecji...

Po pogodowych doświadczeniach ostatnich dni myślałam, że nie będzie mi już dane zaznać odrobiny chociaż Słońca, a tu proszę jaka niespodzianka. Nie dość, że słoneczko od kilku dni ładnie świeci, to jeszcze liście na Falunowych drzewach przybrały piękne jesienne kolory. Ach i och - w drodze do i z uczelni nie mogłam się napatrzeć, aż wybrałam się na popołudniowy spacer :).

Intensywnie bardzo minął weekend ;), ale za to efektywność poniżej poziomu zerowego. Od dziś znowu zabieram się do pracy - szwedzki sam się nie nauczy, a szkoda ;).
Lekarstwo, które zaaplikowałam sobie w piątkowy wieczór okazało się strzałem w dziesiątkę - pożegnałam się z moim przeziębieniem, mam nadzieję, że póki co ostatecznie. Ale cóż sie dziwić - też bym uciekała, gdyby ktoś mnie najpierw porządnie podtopił a potem jeszcze wytrząsł i wytelepał ;D.

W sobotę próbowałam z kolei swoich sił w kuchni i chciałam upiec ciasto urodzinowe, które wcześniej obiecałam. No i... cóż, chwalić sie nie będę - wyszedł zakalec ;/. Niestety. Moja mama była niepocieszona. Ja tym bardziej, bo mogłam z tych kilku jajek przecież zrobic jajecznicę, skoro i tak biegałam do marketu po gotowe ciasto;). Ostatecznie jednak coś udało się sklecić, nie było najgorsze w smaku. Luz, ale już za ciasto w Britsen szybko sie nie zabiorę.

Na koniec jeszcze rzut oka na tytułową złotą polską jesień w Falun ;)

piątek, 19 września 2008

It' time for weekend :D

Jest jednak szansa, że Mariola skończy studia prawnicze :D. Po tygodniu pełnym napięcia i oczekiwania usos zaprezentował wyniki egzaminu z konsta. Nigdy jeszcze 3,5 nie wywołało takiego uśmiechu na mojej twarzy:).

Dzisiaj też skończyłam pisać kolejną już pracę zaliczeniową na kurs z teorii socjopolitycznych - o utopiach tym razem:). Nie powiem, żebym była z siebie zadowolona - po polsku napisałabym zupełnie co innego i zupełnie inaczej. No ale - bariery językowej od razu nie przeskoczę i muszę chwilowo pogodzić się z tym, że niekoniecznie udaje mi się napisać, to co zamierzałam. No i z tym, że niekoniecznie musi mi sie moja praca podobać :/.

Najgorsze, że szwedzka pogoda mi najwyraźniej wciąż nie służy - przeziębienie ciągnie się za mną jak spaghetti. Dzisiaj wprawdzie jest lepiej - mogłam już poczuć zapach perfum mojego sąsiada, ale to akurat nie było trudne zważywszy na to, że na drugim końcu korytarza koleżanka też je czuła :D.

Martwi mnie, że nie dostałam odpowiedzi na maila, którego wysłałam do klubu OK Karen, gdzie zamierzałam sobie trochę pobiegać po lesie z kompasem.... Poczekam jeszcze może kilka dni i będę myśleć wtedy co dalej.

A jako że dziś zaczyna się weeekend, Mariola postanowiła poleczyć się wieczorem w tradycyjny polski sposób - żołądkowy, gorzki :). I potem wytańczyć resztę przeziębienia. Jak to mi nie pomoże, to przestanę wierzyć w jakiekolwiek lekarstwa :D.

poniedziałek, 15 września 2008

Zapiski lotniskowe

tekst pisany ok 22:30, Arlanda Airport


No dobrze, to korzystając z okazji i z nastroju, trochę refleksyjniej będzie dzisiaj. Tak, tak – masz nastrój, Mariolu – wykorzystaj go J. Właśnie startuje piąty samolot SAS, od kiedy ulokowałam się na dwóch czerwonych fotelach w Sky City na lotnisku w Arlandzie(gwoli ścisłości – moje zgrabne cztery litery wciąż się mieszczą na jednym – drugi okupuje moja torebka). Dzisiaj Mariola zdecydowanie przesadziła z bagażem – a jako że bilet kupowałam dwa miesiace temu, nie spodziewałam się, że zabiorę więcej niż 20 kg, więc opłaciłam tylko tyle, co było posunięciem zdecydowanie nietrafionym (przecież znam siebie od dobrych dwudziestu lat z małymi odsetkami nawet, ech..). Bo tyle ważnych rzeczy mi się ostatecznie uzbierało do zabrania, że na check-inie okazało się, że zamiast rzeczonych 20 moja waliza waży 36(!) kg. Nawet ja się za głowę złapałam. Nie wspomnę, że mój bagaż ręczny składał się z torebki, małej torby z lekkimi ciuchami i laptopa, do którego dorzuciłam kilka książek. Jak na moje oko – było tego na pewno z 15 kg, więc dobrze, że ręczny nie podlegał ważeniu. Na szczęście kobieta w check-in pointcie okazała się być dość wyrozumiałaJ - i po zrobieniu z siebie słodkiej idiotki, która nie potrafi oszacować wagi bagażu i miała mnóstwo tak ważnych rzeczy do zabrania udało mi się zapłacić tylko za 5 kg nadbagażu zamiast w sumie 20. Co oznacza, że pieniądze tymczasowo zaoszczędzone na stomatologu musiały i tak zostać wydane. Shit. No ale – nie narzekam. Mój portfel mógł ucierpieć dużo bardziej, gdyby nie ludzkie podejście pani na odprawie, za które Mariola serdecznie dziękujeJ

Zanim jeszcze wróce do obiecane tonu refleksyjnego – mała informacja: samolot przyleciał o 21:40, natomiast pociąg do Falun wyjeżdza dopiero o 6:34;). Tak więc upojna noc na lotnisku przede mną. Ale nie jest źle – fotele mam, kabanosy mam;), żubrówkę do popicia też;). Zresztą pobieżna bierna obserwacja obszaru, na którym przychodzi mi spędzać noc, przyniosła wyniki w postaci takiej, że nie jestem tu sama;). Na wyściełanych skórą ławeczkach są nawet ludzie, którzy śpią wygodnie wyciągnięci jak gdyby nigdy nic. Obok ławeczek stoją ich wózki z bagażami, na co tkwiąca we mnie polska mentalność puka się w czołoJ. Ja rozumiem, że Szwecja, to nie Polska, ale że aż do tego stopnia (!)?

Wracając do refleksji – nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że tak kiedyś powiem, ale jednak stało się;). Mariola zakochała się… w lataniuJ. Tak, z moim panicznym lękiem wysokościJ. Wielkie słowa podziękowania należą się w tym względzie Imperatorowi, który namówił mnie w zasadzie na pierwszą podróż lotniczą i mi w niej towarzyszył. Ech, to uczucie, kiedy samolot odrywa się od pasa startowego – bombaJ. Jednak to, co zauroczyło mnie najbardziej, to latanie nocą – dzisiaj prawie pełny księżyc znowu się do mnie uśmiechał;). No nie – bo jeszcze się zrobi ze mnie romantyczka i sama ze sobą nie będę wytrzymywać, nie mówiąc o potencjalnych kandydatach na ewentualnych partnerów życiowych;).

Co mnie ostatnimi dniami lekko bawiło z kolei, to powracające - z okazji urodzin tym razem - życzenia poznania jakiegoś ciekawego Szweda,a nawet niekoniecznie Szweda;), za które z serca całego dziękuję, bo wiem, że płyną one z serca właśnie. A w tak zmasowanej ilości, być może nawet coś się z tego spełni;). Nawet moja mama, jak się zdaje, dołączyła do tego chóru, bo rozmawiając ze mną czasem pyta się czy kogos nie poznałam. No ale Mariola przecież wcale nie jest jeszcze taka stara :D. Czy nie??J

ps. Ostatecznie moje zmęczenie wygrało i spałam na czerwonym fotelu z nogami wyciągniętymi na walizce i z torebką i laptopem pod ręką. Na wszelki wypadek. Na szczęście mój stan posiadania nie uległ zmianie po ponad 4 h drzemki;). Więc jednak jest to możliwe:).

piątek, 12 września 2008

Mariola Maraton Warszawski

W końcu, nareszcie - jest. Chwila wytchnienia po kilku intensywnych dniach. Pędzenie na wariata we wtorek na najwczesniejsze seminarium aby zdążyć na pociąg, z którego miałam się z kolei nie śpieszyć na odprawę na lotnisku. Bez śniadania (zło:)) i po przespaniu jakichś 3 h. Po to tylko aby dowiedziec sie, ze w Arlandzie musze czekac 3 h extra na samolot do Wawy. Dzielnie próbowałam walczyć z konstytucją i rozwiązywać jakieś śmieszne testy, tak ulubione przez kierownika katedry... Nawet podczas lotu próbowałam.. do czasu gdy z pasjonującej lektury art. 154 konstytucjiwyrwał mnie porazający blask Księzyca, który rozgościł sie za moim okienkiem (pierwszy raz lecąc w nocy miałam takiego farta, że siedziałam z przodu, nikt nie siedział obok, całe okienko było moje no i jeszcze ten Księżyc...hmmm - niesamowity tak z bliższej odległości:))

Dwa dni w stolicy to istny maraton - odzwyczaiłam sie od takiego tempa w Falun.. No i ci ludzie pchajacy się wszędzie na czerwonym.. Cięzko spotkać się z niektórymi chociaż najbliższymi osobami w tak krótkim czasie... No i wniosek ogólny - dopiero teraz, kiedy trochę Falunowego początkowego zamieszania już za mną i kiedy miałam możliwość spotkać niektóre wspaniałe buzie:) uświadomiłam sobie, ze będę za nimi naprawdę tęsknić.. Ale do grudnia juz niedaleko przeciez:)

Wczorajszy egzamin... hmm... przyznam szczerze - nie wydał mi się aż taki zły, ale w czerwcu tez miałam takie wrazenie i skończyło sie zonkowo;) Z tą różnicą, ze teraz dr Z nie będzie sprawdzał prac osób, które oblały w czerwcu, która to informacja wywindowała morale powtórkowiczów az po nieboskłon;) i co tu duzo mowic, znaczaco zwiekszyla szanse Marioli na kontynuowanie studiow na WPiA po powrocie z zimnej Szwecji. Ale nie zapeszajmy.

Dziś jeszcze miało miejsce w moim życiu ważne wydarzenie - wizyta u stomatologa. Ale bynajmniej nie zwykłe borowanie czy coś w ten deseń, do czego po dzieciecej traumie (pani dentystka zamiast zęba borowala mi dziąsła;)) w końcu sie przekonałam. Nie - Mariola miała mieć wyrwaną osemkę. I przypuszczam, że to m.in. moje przerazenie, które było czytelne z kazdej strony sprawiło, że wygrałam negocjacje w sprawie terminu egzekucji. Odroczona do grudnia;). No i mogłam się porządnie najeść po powrocie do domu:)

ps. Tomek - zakupiłam już kabanosy:D

niedziela, 7 września 2008

Na specjalne życzenie Jenny;)

Ostatnimi dniami moja blogowa aktywność nieco spadła, co nie oznacza, że nic ciekawego się nie działo;). Przez tydzień do Mariolkowego gniazdka nie docierał net i jak widać, nawet w Szwecji takie rzeczy się zdarzają, zwłaszcza gdy lokalny dostawca sieci jest monopolistą (blee;)).

Intensywna aklimatyzacja w miejscowych klubach sprawiła, że większość uczestników mojego kursu, ze mną włącznie jest daleko, daleko, gdzie nie będę mówić;), jeśli chodzi o przygotowanie do wtorkowego seminarium. No ale nie takie rzeczy się robiło i wychodziło, to i teraz nie może być inaczej.

Pogoda w Falun powoli zaczyna mnie rozstrajać - codziennie duża dawka deszczu z wiatrem, potem słoneczko, albo i nie. Tempuratura nie sięga wyżej niż 15 stopni. A najgorsze, że moja odporność, którą uważałam za dużą, jakoś nie chce sobie z takimi warunkami dawać rady i po wczorajszo-dzisiejszym powrocie z imprezy Mariolka położyła sie z bólem gardła;/. I wcale nie przeszło po obudzeniu. Ale nie będę tu narzekać. Powygrzewam się trochę czytając teksty na seminarium. Najgorszy Popper już za mną to w sumie można powiedzieć, że teraz z górki będzie.

Moje plany treningowe zostały na kilka minionych dni przerwane przez moją własną głupotę - wybrałam się na miasto w nowozakupionych butach (tak - mimo zapierania się sama przed sobą przed wyjazdem, że żadnych zakupów typu ubrania i buty nie będzie, moja słaba wola nie dała sobie rady z pokusami) i dosłownie zmasakrowałam sobie stopy. Teraz jeszcze to paskudne przeziębienie. Cholera.

Jestem już też po pierwszej lekcji szwedzkiego, na której staraliśmy się nauczyć wymowy tych ich wszystkich śmiesznych 9 samogłosek. Łatwo nie było, a żeby było jeszcze śmieszniej, Szwedzi mają na tyle giętki język i buzię, że poprzez różną wymowę oznaczają przy literowaniu duże i małe samogłoski. Szaleństwo;). I do tego bardzo fajnie brzmiące szaleństwo:). Podstawowe zwroty jako tako opanowałam i bardzo chętnie korzystam przy każdej okazji, bo zwykłe "dziękuję bardzo" powiedziene po szwedzku wywołuje najczęściej taki uśmiech na twarzach Szwedów, że nie mogę się powstrzymać;).

Z obserwacji otoczenia - wymowny obrazek fajnie pokazujący równouprawnienie płci na rynku pracy - kobiety koszące trwaniki miejskie. W Polsce nie widziałam, ale może ktoś się z tym spotkał.

W Systembolaget jeszcze nie byłam po alkohol - mam swoich ludzi;). Ale muszę w końcu na własne oczy zobaczyć, jak to cudo wygląda;). I żeby rozwiać wszelkie wątpliwości - tak , jest to jedyny sklep w całym (dziś już 55 tysięcznym) Falun, gdzie można kupić alkohol powyżej 3,5 %. W całej Szwecji jest ich niewiele ponad 400.

wtorek, 26 sierpnia 2008

Polska biba w szwedzkiej windzie;)

Deszczowa pogoda za oknem i przeżycia dzisiejszego dnia doprowadziły do tego, że właśnie skończyłam się objadać całym opakowaniem ciastek. Cholera. Tym bardziej, że jest tak paskudnie, że szanse na spalenie tych pustych kalorii podczas biegania sięgają w tym momencie zera.

Żeby nie było, że narzekam i marudzę bez powodu - tytuł tego posta został zaczerpnięty z życia. Naszego, tutejszego erasmusowego - polskiego;). Nie wiem jaki diabeł mnie podkusił, aby wsiąść po ostatnich zajęciach do windy i zjechać z 3. piętra na dół. Mnie i jeszcze 11 osób, w tym jedną Czeszkę i resztę Polaków. Mniejsza o większość - dozwolonego limitu osób nie przekroczyliśmy, drzwi windy zamknęły się za nami normalnie, ale.. no właśnie. Winda ani nie zjechała na dół, ani nie można było otworzyć drzwi. Ok, kiedyś już nawet utknęłam w węgierskiej windzie na półpiętrze, ale żeby tutaj w Szwecji takie rzeczy..??:) No niech nawet i zdarzy się taki wypadek przy pracy szwedzkiej windzie, ale żeby w środku nie było żadnego (tak dokładnie - żadnego!) wlotu powietrza. Żadnej kratki ani wentylatora. Nic. Co akurat przy panującym w środku dość dużym zagęszczeniu było istotne. Tym bardziej, że ostatecznie spędziliśmy w środku niemal godzinę i naprawdę z każdą chwilą było nam coraz mniej do śmiechu, a za to coraz bardziej gorąco i duszno. Okazało się, że wprowadziliśmy obsłudze technicznej trochę zamieszania w ich dotychczas poprawnie uporządkowane życie, bo nie potrafili zająć się skutecznie otworzeniem drzwi i musieliśmy czekać na specjalistę z sąsiedniego miasta (!). Kiedy w końcu drzwi otworzyły się, już niemal z zawrotami głowy wybiegliśmy na świeże powietrze. Nigdy więcej wind!

A w drodze do domu nie mogłyśmy się powstrzymać i wróciłyśmy z całą torebką grzybów. Na obiadek uraczyłyśmy się tym razem pyszną carbonarą z grzybkami i szyneczką. Mniam;)

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

Welcome to Dalarna University


Ten dzień zapamiętam na długo. Dziś po raz pierwszy usłyszałam w Falun klakson samochodu. I to bynajmniej nie raz, ale trzy. Coś, co w Polsce wcale przecież nie zdziwiłoby mnie, tutaj wprawia w zdumienie;).

Działo się zresztą dużo więcej dzisiaj. Zostaliśmy powitani oficjalnie w Hogskolan Dalarna (pora chyba zaprezentować kampus - na fotkach) i jednocześnie potwornie zamęczeni przydługawymi wypowiedziami różnych chairmenów, rzeczników i im podobnych. Zasypani dosłownie morzem informacji, w którym w końcu odpłynęłam:). A że organizatorzy zapewnili sprzyjający klimat w postaci przyciemnionego światła, żeglowało mi się w delikatnych objęciach Morfeusza wprost wyśmienicie:). Na koniec (wreszcie;)) zostaliśmy obdarowani pakietem różnych gadżetów i folderów, w którym znalazły się m.in. startery do komórek:). Całkiem sympatycznie.
Wcześniej jeszcze na terenie kampusu zgromadziły się przedstawicielstwa różnych organizacji miejscowych i instytucji, co zaowocowało tym, że możemy teraz wybrać się przynajmniej kilka razy na aerobik lub siłownie do fajnych fitness clubów i nawet na koncert w miejscowej filharmonii nie płacąc za to:). Skorzystamy na pewno:).

Co do aktywności fizycznej - wczoraj udało mi się pobiegać w końcu po lesie, czego nie planowałam i wyszło zupełnie przy okazji. W sumie drogą przez las przebiegłam ok.3 km, w tym przynajmniej 500 m na przełaj jakimiś zagubionymi ścieżkami nad jeziorem (kolejnym, tym razem większym, które obiegałam w niedzielę), prowadzącymi między skałkami, których w tutejszych lasach jest pełno. Nawet bagienko zaliczyłam. W związku z tym w końcu zabrudziłam buty;). Wciąż jednak większość biegam wyznaczonymi ścieżkami, co należy jak najszybciej zmienić:). Nie mogę jednak narzekać, bo krajobrazy są naprawdę piękne i na razie jeszcze sie nie znudziłam nimi:).
Znów miałam przyjemność spotkać na swojej drodze kaczki, i to nie dwie, ale całe stado kaczek, które siedziały na łące nad jeziorem i wygrzewały sie w słońcu (tak, świeci słońce - nie wylądowałam na biegunie;) - dzisiaj zresztą była piękna słoneczna, jeszcze niemal letnia pogoda, co widać na zdjęciu). Coś z tymi kaczkami musi być nie tak, bo przebiegałam między nimi i nawet sie nie poruszyły. Za to ja miałam stracha, czy zaraz któraś na mnie nie wskoczy, ale to już pozostałość po tym, jak w dzieciństwie zaatakował mnie kogut u babci - nie wiem, czego spodziewać się po takim różnym ptactwie.

Wczoraj też okazało sie, że u Asi na piętrze mieszka Szwed:). Jest to wbrew pozorom dość istotne spostrzeżenie, bo do tej pory towarzystwo było i owszem, międzynarodowe, ale bez reprezentacji szwedzkiej. Tak więc Szwed o imieniu Alex zabłysnął tym, że potrafi sprzątać (było wielkie sprzątanie kuchni u Asi, mnie to czeka w ten weekend). Mało tego, wcale nie jest nieśmiały, a wręcz przeciwnie;). Zobowiązał się pomagać nam w nauce szwedzkiego, a na koniec okazało się, że ma 19 lat:). Cholera, poczułam się staro;). Btw, dzisiaj podczas meetingu całego mojego piętra (dla ścisłości - 14 osób) ujawnił się z kolei Szwed zamieszkujący mój korytarz - Daniel. O tyle interesujący, że w tutejszej organizacji studenckiej zajmuje się sportem, co postaram się zgłębić w najbliższym czasie:).

Dzisiaj mieliśmy też spotkanie wprowadzające do naszego pierwszego kursu, pod jakże porywającą nazwą " Introduction to theories in political sociology". Nie było źle. Co ciekawe, Polacy są dominującą narodowością wśród uczestników kursu. Spotkanie miało zakończyć się integrującą grą w unihokeja między wykładowcami a studentami, którą musiałam sobie odpuścić ze względu na meeting w kuchni. Ale są rzeczy ważne i ważniejsze, a czysta kuchnia to podstawa:).

Od jutra zaczynamy normalne zajęcia i do lektury prawa konstytucyjnego będę musiała dorzucić stertę innych rzeczy. Ale przecież sama tego chciałam. (no może niekoniecznie o poprawkę tu chodzi;).




sobota, 23 sierpnia 2008

Sobotnie reflek-sje

Oj, leniwie płyną te kolejne dni. Fajnie niby, bo dużo czasu mam na różne rzeczy, ale... no właśnie, przecież jak nie muszę wstać rano, to nie wstanę:). Dzisiaj śniadanko, podobnie zresztą jak i wczoraj zjadłam w południe:). Poczyniłam natomiast postępy, jeśli chodzi o przygotowanie do egzaminu i jestem z siebie dumna:). Tym razem przecież mam więcej czasu niż dwa dni na opanowanie konstytucji i różnych ustaw powiązanych:).

Co do Falun.
Wycieczka zorganizowana dla nas w piątek przez władze miasta była o tyle interesująca, że zobaczyliśmy, gdzie można potem wybrać sie samemu i w zasadzie o to chodziło, bo ile można zobaczyć w 3 h? Raz wysiedliśmy z aurokarów, aby lepiej przyjrzeć się ogromnej dziurze w ziemi, będącej pozostałością po kopalni miedzi, która w wiekach ubiegłych rozsławiła miasto (kopalnia - nie dziura:)). Wygląda imponująco. Jak jeszcze raz tam sie wybiorę, kiedy w końcu zdobędę rower, wrzucę jakieś zdjęcia, bo niestety nie naładowałam akumulatorków i aparat odmówił współpracy.
Objechaliśmy więc całe miasteczko. Byliśmy nad pięknym jeziorem Runn. Widzieliśmy największy w mieście kompleks handlowy, wielkością pewnie równy Wileniakowi warszawskiemu, a moze i nie:). No i pocztę też widzieliśmy. Istnieje:).
Organizatorzy zapewnili nam też pewne atrakcje. Kiedy dotarliśmy do ostatniego punktu wycieczki - kompleksu sportowego Lugnet, przy którym jest też kampus Hogskolan Dalarna, gdzie będziemy się uczyć, i gdzie znajduje się skocznia narciarska (rekord należy do Mattiego Hautamakiego-130,5m.), zaprosili nas na trybuny. Po chwili ze średniej skoczni wyskoczył jeden skoczek, a potem następny:).
Chwilę potem wdrapywaliśmy się po schodach na samą górę, a potem windą w jakiejs blaszanej rurze na szczyt dużej skoczni. Widoki fantastyczne:). Podziw dla skoczków przeogromny.
Przy okazji nasz przewodnik dorzucił kilka ciekawostek - że np. powietrze w okolicach Falun jest tak naprawdę jednym z najbardziej zanieczyszczonych w Szwecji (a wcześniej byłyśmy pod wrażeniem, że jest tak czyste:)) albo że mają w Falun jakąś regionalną kiełbasę, którą czym prędzej musimy znaleźć.

Dzisiaj z kolei zmobilizowałam sie na tyle, aby wyjść na drugi już tutaj trening.


Tym razem obiegłam sympatyczne, ale niezbyt duże jeziorko (jedno z wielu w okolicy) i wybrałam się do centrum miasta. Po drodze małe zaskoczenie - na ścieżce rowerowo-pieszej minęły mnie 3 motocykle i lekko zanieczyściły powietrze, a chwilę później musiałam omijać kaczkę, która stanęła na środku ścieżki wpatrując się w kałużę i nic nie robiła sobie z tego, że biegnę prosto na nią.

Ogólnie warunki do biegania są sprzyjające. Mam nadzieję tylko, że w przyszłym tygodniu uda mi się pójść pobiegać do lasu - na razie tylko spacerowałam leśnymi ścieżkami na kampus. Bomba:). No i grzybów mnóstwo po drodze - już niektórzy Polacy:) zabrali się za grzybobranie (dużo maślaczków) i czuję, że niedługo Asia też mnie wyciągnie, bo perspektywa zupy grzybowej wydaje się na tyle atrakcyjna, że mogę nawet przeboleć zbieranie tych śliskich grzybków.

Warto odnotować, że poza dwiema wizytami w macu od początku pobytu w Szwecji odżywiamy sie całkiem nieźle:). Spaghetti (koronne danie w akademiku - nie ma dnia aby ktoś go nie przyrządzał) jadłyśmy tylko dwa razy:), a dziś po prostu zaszalałyśmy - upiekłam łososia, zrobiłyśmy pyszny ryż i gotowane brokułki z dodatkami do tego. Mniam, pycha i w ogóle WOW:). A najważniejsze, że nie zrujnowało to naszej kieszeni. Zresztą przyznać muszę, że jestem mile zaskoczona cenami - jak sie pojdzie do odpowiedniego marketu to naprawdę nie ma aż takich dużych przebić cenowych, w związku z czym jest szansa, że nie zbankrutuję tutaj:). Oczywiście nie odnosi się to do cen alkoholu. Piwo w knajpie kosztuje ok.50-60SEK i zawiera oczywiście mniej alkoholu niż polskie browarki. No ale przecież bez piwa też można żyć. Gorzej z winem. Jeszcze nie sprawdziłam dokładnie cen, bo nie trafiłyśmy do jedynego miejsca w mieście, gdzie można kupić wysokoprocentowy alkohol. Nie spodziewam się natomiast, że będę mogła sobie pozwalać na kieliszek winka do obiadku, jak lubie bardzo. Cóż, nadrobię podczas wizyt w Polsce:).

piątek, 22 sierpnia 2008

Introduction days :)

Dzisiaj już zresztą trzeci dzień:) Dwa poprzednie to "robota papierkowa", czyli rejestracje, zapisy, decyzje o ostatecznym wyborze przedmiotów, oczekiwanie na specjalne karty umożliwiające w ogóle poruszanie się po kampusie i wchodzenie do sal wykładowych. Nie było najgorzej - przeżyliśmy:). Przeżyłyśmy też we dwie z Asią szok, gdy pani z biura akademikowego powiedziała, że nie mają w Falun czegoś takiego jak "post office" i możliwości wysłania listu należy szukać w "Havannamagasinet" - w skrócie - sklepik z gazetami;). Potem jednak nasze wspaniałe informatory pozwoliły nam odnaleźć adres poczty. Takiej prawdziwej, z której Szwedzi po restrukturyzacji (paczki można odbeirać m.in. w supermarketach) pewnie już nie bardzo korzystają.

Spotkaliś,my się też już z wykładowcami prowadzącymi nasze kursy - sympatyczni ludzie, zwłaszcza niezwykle milutki profesor od wstępu do społeczeństwa i kultury szwedzkiej. Co ciekawe, już na początku kursu zaprosił nas do swoejgo miasta - Uppsali (200 km od Falun) na lunch do swojego domu:). Na sali siedziało wtedy pewnie ok. 50 osób:).

W drodze do domu odkryłyśmy całkiem spore centrum handlowe, które skutecznie chowa się przed oczami niewtajemniczonych:) i zaliczyłyśmy sukces w postaci powstrzymania sie od wejscia na kanapke do Maca:).

Dzisaj z kolei czeka nas wycieczka po Falun. Zobaczymy:)

wtorek, 19 sierpnia 2008

Final destination reached


No i jesteśmy:). Po prawie 24 h od wyruszenia z mojego przytulnego pokoiku na Targówku otworzyłam drzwi do pokoju, który będzie moim "pokoikiem" przez kilka bliższych i dalszych miesięcy. Powitał mnie zapach kadzidełek:) i szwedzki minimalistyczny wystrój wnętrza. Standard całkiem przyjemny - łóżko wygodne;), fotel też, krzesełka jedynie nieco twarde mają siedziska, co jak przypuszczam ma chronić studentów przed nadmiernym siedzeniem nad książkami:D.


Podróż oczywiście nie obyła się bez przygód:). Opóźnienia naszego samolotu nikt nie raczył ogłosić, no ale nie ma co zbyt wiele wymagać. Dzięki temu nie udało nam się złapać wcześniejszego pociągu z tańszymi biletami i musiałyśmy czekać 2 h na następny pociąg, co przy oszczędności 400 SEK wydało się niezwykle krótko:). Przez ten czas zdążyłyśmy się z lotniskiem Stockholm Arlanda, które ze Sztokholmem akurat zbyt wiele wspólnego poza expressowymi pociągami nie ma, dość dobrze zaprzyjaźnić, starając się bardzo dzielnie nie taranować innych podróżnych wózkami z naszymi megabagażami - przy takim obciążeniu wózków, jakie miałyśmy, przydałoby się wspomaganie kierownicy:).

Ostatecznie podróżowałyśmy we trzy, bo w samolocie odnalazła nam się jeszcze Monika, którą kojarzyłyśmy z grona szwedzkich erasmusów. Było więc raźniej:). Po zakupie biletów na pociąg miałyśmy pierwszą okazję, aby sprawdzić szwedzką organizację, no i po raz pierwszy Szwedzi się nie popisali, kiedy sprawdzając bilety i wuszczając przez bramkę na stację, nie sprawdzili, o której dokładnie mamy na bilecie odjazd pociągu (na stację podziemną wpuszczają ok 10 min przed odjazdem). I kiedy już z Asią wyczekiwałyśmy za bramkami na Monikę, okazało się, że jej wpuścić nie chcą:). Dzięki czemu nie spędziłyśmy ponad 2 h pod ziemią. Potem było już lepiej:).
Podkarmione w Macu miałyśmy na tyle siły aby nie stać w gigantycznej kolejce do windy, tylko zjechać na peron mknącymi z zawrotną prędkością ruchomymi schodami, co okazało się nie do końca rozsądne, bo mając do opanowania kilka walizek można przy odrobinie szczęścia wyrządzić sobie trochę krzywdy. Już na dole z pomocą sympatycznej pani, która akurat, tak jak Monika, jechała do Borlange, udało nam się zapakować do właściwego pociągu, któremu, pomimo niewątpliwie znacznie wyższego komfortu niż w PKP (no dobrze, nie będę takimi porównaniami szwedzkich kolei obrażać:>), brakowało ewidentnie miejsc na całe mnóstwo bagaży, które jakimś cudem pasażerowie wtaszczyli do wagonu. Ale ponaprężałyśmy trochę muskuły i jakoś się udało. Znów:). Po 2 h i 20 min wysiadłyśmy w Falun. Ciemno już było, ale powitał nas na stacji Rafał i zabrał się za nasze dwie największe walizki:). Została nam tego wieczora jeszcze tylko jedna misja do wykonania - dostać się do hostelu, w którym miałyśmy zarezerwowany nocleg. Z tą małą uwagą, że już przy rezerwacji powiadziano nam, że recepcja jest czynna tylko do 20. Zanim zapakowałyśmy się do taksówki, była już prawie 23;). W taksówce zaliczyłam swoją pierwszą porażkę, jesli chodzi o szwedzką wymowę, ale na szczęście miałam zapisaną nazwę hostelu i taksówkarz tylko się miło uśmiechnął i powiedział ją poprawnie, czego oczywiście nie zdołałam zapamiętać:). Prawdziwy majstersztyk organizacyjny czekał na nas w hostelu. Najpierw lekko się przeraziłam, bo przy drzwiach nie było dzwonka. Po chwili jednak znalazłyśmy z Asią na drzwiach kartkę "Katarzyna Puchacz, call...." z nr telefonu. Pani, która odebrała telefon kazała rozejrzeć sie za małym czerwonym domkiem niedaleko schodów, w którym w skrzynce z kłódką na szyfr znalazłam kopertę z napisem "Welcome Katarzyna Puchacz" i z kluczami w środku. Jeszcze gdyby tylko od razu miła pani z hostelu powiedziała, że ów domek to tak naprawdę coś w formie mini-magazynu na różne sprzęty i to jeszcze bez drzwi, byłoby dużo szybciej. Ale nie ma co narzekać. Zaskoczyli nas bardzo mile, a najważniejsze, że miałyśmy gdzie spać.

Rano już nie było tak fajnie:). Przywitały nas swoim widokiem nasze bagaże i na myśl o tym, że znów trzeba sie za nie zabrać, troche nam miny zrzedły. Autobus zawiózł nas kilka przystanków do biura, gdzie miałyśmy odebrać klucze do pokojów, kasując przy tym po 20 SEK od każdej z nas. W związku z tym poistanowiłyśmy zbojkotować transport publiczny i polegać na siłach własnych mięśni przez cały okres pobytu tutaj. Niemniej odżałowałyśmy jeszcze tych kilkadziasiąt koron na kolejny bilet i po kilkuminutowym spacerze z walizami przez centrum miasteczka wpakowałyśmy się w autobus prosto pod nasz tymczasowy dom - Hall Britsen. Musiałyśmy wyglądać jak ostatnie sierotki kiedy wysiadłyśmy z autobusu, bo zaraz podszedł do nas jakiś Szwed z pyatniem czy wszystko ok i czy przypadkiem nie zgubiłyśmy się:). Pokazał, gdzie mamy iść, powiedział ile metrów mamy do przejścia:). Full service jednym słowem. I w taki oto sposób dotarłyśmy do Hall Britsen. I nieco wymęczone, po późnym śniadaniu, postanowiłyśmy iść spać:).

niedziela, 17 sierpnia 2008

Już jutro!

ta-dam!

I nadchodzi wielkimi krokami dzień ostateczny:). No może bez takiego patosu, ale jednak. To już jutro zapakuję te moje przeogromne walizy do samolotu. I siebie też:) I będzie "Bye, bye Warszawo"... Będę tęsknić za tymi, których tu zostawiam - to więcej niż pewne. Za najwolniejszą windą świata na NS 67 i za paskudnym PKiN-em pewnie też:). No ale - w zamian za to mnóstwo zieleni i świeższe ciut skandynawskie powietrze. Oby sprzyjało moim planom treningowym:)

Zatem komu w drogę - temu kompas! (ja zabieram nawet dwa:))

środa, 13 sierpnia 2008

Jeszcze tylko... 5 dni:)


Tak właśnie. Już za 5 dni będę wypatrywać swoich niemałych bagaży na taśmie na lotnisku w Sztokholmie. Potem tylko krótki trip szwedzkimi kolejami i będziemy razem z Asią-koleżanką z IPS-na miejscu przeznaczenia, które na dzień dzisiejszy dla nas zwie się Falun i leży w środkowej prowincji Szwecji - Dalarnie, której znakiem rozpoznawczym jest tradycyjny czerwony konik:). Mało tego - miasteczko to jest stolica tej prowincji, a więc przeprowadzka nie tak znowu drastyczna, bo ze stolicy od stolicy nas czeka:P.

Do tej pory kiedy ktoś pytał mnie gdzie dokładnie będę, to musiałam tłumaczyć, co to za miasto i gdzie leży. Tylko jeden, jedyny kolega (btw. komentator sportowy) gdy usłyszał "Falun", od razu skojarzył ze skocznią narciarską i wiedział o co chodzi:). Brawa dla niego!:)

Póki co niby wszystko wygląda na załatwione - akademik opłacony (przelew zagraniczny za 20 zł - zdzierstwo:)) , Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego już dołączyła do plastików w portfelu, nocleg po przylocie zabukowany, nawet nowy paszport mam:) - z takim zdjęciem, że spokojnie przyjęliby mnie na jego podstawie do oddziału komandosów:P
Największym wyzwaniem wciąż wydaje mi się zapakowanie niezbędnych do przeżycia rzeczy w 40 kg bagażu. A przecież same kosmetyki z 5 kg zaważą:). Szczęście w nieszczęściu, że we wrześniu wracam zdać (tym razem na pewno:)) konsta, to i coś jeszcze zabiorę z powrotem. Zastanawiam się jeszcze jak przemycić jakieś kabanosy czy coś, bo przecież Puchacz bez tego długo nie pociągnie:).