wtorek, 14 października 2008

Wycieczki, kosteczki i inne przygody

Dlaczego ten czas tak mi przez ręce tutaj ucieka? Śpię, idę na zajecia (jeśli je mam;)), gotuję, jem, gadam, plotkuję, bawię się i tańczę, czasem pobiegam, czasem coś poczytam, ale w sumie nic konstruktywnego nie robię, a czas uciekaaaaa... Nie podoba mi się to, o nie. Chyba trochę brakuje mi mojego warszawskiego organizera, w którym każdy dzień zazwyczaj zapakowany był od rana do późnego wieczora. Nie za wcześnie za tym tęsknie;)?

Do rzeczy Mariola. Po bardzo intensywnym weekendzie przyszedł czas, aby znowu coś napisać:).
Sobota miniona upłynęła pod znakiem Uppsali - najstarszego ośrodka uniwersyteckiego w Szwecji, do której zaprosił nas na wizytę do swojego domu nasz prof. prowadzący kurs o kulturze szwedzkiej, co o tyle jest niespotykane, że w Szwecji raczej nie jest powszechne zapraszanie ludzi do domu (poza wąskim gronem najbliższych przyjaciół). No ale - prof. Tekeste jest Etiopczykiem;), tyle że ożenionym ze Szwedką. Do tego bardzo sympatyczną i niesamowicie otwartą. Tak więc grupą 24 osób zrobiliśmy studencki najazd na XVIIIw. dom profesora (wynajmowany od Uniwersytetu), w którym królowały książki:). Lunch pomyślany został na nutę włoską - pasta z pomidorami i sałata do tego. Współprzyrządzane przez nas;). Dobrze, że mieliśmy w gronie naszym chociaż jednego Włocha, który mógł czuwać nad wszystkim. Nieważne, że sam się przyznawał, że kuchnia to nie jego królestwo;). Wyszło pysznie. A na deser wyśmienita kawa i ciemna czekolada, czyli to, co Mariolki lubią najbardziej;).

Zaczerpnęliśmy więc Uppsalowego powietrza, które to jednak różni się nieco od tego w Falun, bo miasto jednak większe i więcej studentów w nim można spotkać .Z ciekawostek typowo studenckich można dorzucić, że za 50 koron można przez całą noc bawić się we wszystkich 13 studenckich klubach, które znajdują się w centrum miasta. Moja trzyosobowa ekipa udała się jednak ostatnim pociągiem powrotnym do Falun. Nie do końca przespana noc dawała się bardzo we znaki. Tym bardziej w pociągu, bo nie było już wolnych miejsc siedzących, a Mariola poza tym nie miała nawet biletu, bo zwyczajnie już nie było. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że po jakiejś pół godziny spędzonej na dywanie za siedzeniami (notabene dokładnie w tym samym miejscu podróżowały nasze walizki, gdy przybywałyśmy do Falun pociągiem w sierpniu;)) udało nam się zająć jakieś zwolnione miejsca. A z racji tego, że nikt z obsługi pociągi nie przychodził przez długi czas na kontrolę biletów udało mi się też sporo zaoszczędzić na bilecie, który kosztuje sporo więcej, gdy jest kupowany w pociągu. Natomiast po przesiadce w Borlange do Falun (jedna stacja 20 min. jazdy) konduktor pytający o bilety na moje stwierdzenie, że chciałabym kupić bilet do Falun poprosił abym raz jeszcze powtórzyła mu, gdzie chcę jechać, po czym uśmiechnął się i poszedł dalej. Ach, ma się ten urok;).
Po męczacej drodze powrotnej jedyne, o czym Mariola marzyła to był gorący prysznic w przepysznym kakaowym żelu z Ives Rocher i ułożenie się do łóżeczka. Co też uczyniłam, nie przeszkadzając sobie w spaniu przez kolejnych 13h.

A teraz pora w końcu sie trochę wziąć za naukę, bo już za tydzień mam ustny egzamin ze szwedzkiego (dobre sobie;)) i koniec kursów się nieuchronnie zbliża, co oznacza, że trzeba oddać też końcowe prace. Ojej, ojej.

Dzisiaj z kolei Mariola zarobiła swoją pierwszą zapłatę za pracę wykonaną na ziemi szwedzkiej;). Po dobrych kilku, a może nawet więcej niż kilku miesiącach przerwy znowu sięgnęłam po nożyce fryzjerskie. I po raz kolejny doświadczyłam, że sprawia mi przyjemność zabawa nimi. Może z tą zabawą trochę przesadziłam;), ale jednak. Lubię. Odważna Ania, której podcinałam włosy wyszła ode mnie zadowolona;), a przy okazji dostałam jeszcze kolejne zgłoszenia. Och, już się doczekać nie mogę;).

Książka do szwedzkiego chyba właśnie do mnie przemówiła;). Pora zrobić coś konstruktywnego.

Brak komentarzy: