czwartek, 2 lipca 2009

Slutet

czyli 'koniec' po szwedzku...

Chyba nie miałam wcześniej żadnych wyobrażeń co do tego kiedy ten koniec szwedzkiej przygody nastąpi i jak się z tym będę czuć. Chociaż...może trochę myślałam, że dłużej tam zabawię;). Trochę to wynik niespodziewanych zawirowań w Mariolkowym życiu osobistym, ale przypuszczam, że duże znaczenie ma też fakt, że Szwecja póki co jak na Mariolke trochę za mało "krejzolska" jest jeśli chodzi o życie na co dzień, poza międzynarodową oazą Britsenową, w której na szczęście udało się Mariolce ostatni rok przeżyć i zdobyć niesamowite wspomnienia:).

Chociaż stronię poniekąd od sentymentalizmu, myślę, że na sam koniec tworzenia tego blogowego towarzysza Erasmusowej Przygody warto podziękować tym Wszystkim, którzy przyczynili się do jej niezwykłej atmosfery:). (Choć zastrzec muszę, że pewnie niestety "uda' mi się o kims zapomnieć...)
Asi - za wszystko od początku (pierwszego kroku postawionego w britsenowych korytarzach) aż do końca we wspólnym reprezentowaniu stolicy na obczyźnie:)
Ani - za Towarzystwo w a-downowej kuchni:) i dużo rozmów na tematy wszelakie, zawsze ważne;)
Adzie - za niezłomna wytrwałość w zagrzewaniu do imprezowania;) i za rozmowy również wszelkie
Agnes - za spokój i za ciepło niezbędne w Britsenie:) i za polskie ogórki kiszone z Niemiec;)
Karolinie - za litry wspólnie "przegadanego" wina przy tematach niebłahych i błahych też;) i za wspaniałą zupę cebulową:)
Kamilowi - że dostrzegł moje 'męskie geny';) i mimo to raczył nieustannie kawą, doborowym towarzystwem i nie tylko...;)
Sherrie i Meksykańskim Bliźniaczkom- za uśmiech i zawsze gorące powitania;)
Roxanne - za wspólny wypad do Sztokholmu i jej słodkie 'buzi-buzi'
Filipowi - za czułego, rozbrajającego "Puchatka" w jego wykonaniu;) i za niezwykły talent do naśladowania obcych akcentów:)
Waqasowi - za wiele dobrego i sympatię od pierwszej wizyty w smoking roomie:)
Frankowi - za niezłomną energię w tańcu:)
Hasanowi - za niesamowity uśmiech za każdym razem (bez wyjątku;))
Zoe - za uśmiech (a jakże;)) i powtarzane po 100 razy 'you're beautiful';) i za obietnicę wycieczki do włoskich winnic;)
Johanowi, Oliwierowi i Pellemu - za to, że jednak można się bawić ze Szwedami;)
Robinowi - za piekielnie irytującą świadomość swojego równie piekielnego uroku;) i dostarczanie tym samym tematów na niezastąpione pogaduszki w babskim gronie;)
Sebastianowi - że dzielnie szkolił swój polski;)
Pawłowi - za urok chłopca i odwagę, która pozwoliła mi użyć nożyczek na męskich włosach;)
Chłopakom z Cape Town:) - za wspólny wyjazd do Sztokholmu i wspólne śpiewanie na kolacji;)


I Wszystkim tym, którzy te niesamowite chwile ze mną przeżywali w Falun:), a których nie udalo się wymienić (ewentualne wnioski kierowac bezpośrednio do mnie;)). I jeszcze - Wam Kochani, do których tak warto było wrócić do warszawskich czy jakichkolwiek innych korków;).

To może jeszcze w ramach ostatnich słów tutaj napisanych - podróże kształcą, i bynajmniej nie jest o wytarty slogan. Ale im więcej widzę i wiem, tym bardziej wiem, że chcę wciąż wracać do PL. Co nie znaczy, że to koniec Mariolkowych wojaży..;). Kolejne w zanadrzu, ale póki co - ciii;). Trzeba choć na chwilę zagrzać miejsce;).

Zatem - Panie i Panowie - kończymy niniejszym tego bloga, dziękując na koniec tym, którzy czasem tu zaglądali, czasem napisali, którym być może coś się spodobało stąd lub pomogło.

Mariola

niedziela, 7 czerwca 2009

Pożegnania, pożegnania...

No i powoli ku końcowi zbliża się Erasmusowa przygoda Marioli w szwedzkim Falun... Wczoraj ostatnia impreza w tutejszym klubie studenckim. Zresztą, o dziwo, bardzo udana - z bandem na żywo, grajacym dobrą muzykę do poskakania i do tańca też:). Część Erasmusów już wyjechała, pozostali wyjeżdzają "na dniach".

Co mnie tylko lekko irytuje, to trochę nazbyt przesadzona atmosfera "rzewliwości" i wypowiadania przez niektórych słów w stylu, że oto niemal koniec świata nadchodzi w postaci kończącego się pobytu na Erasmusie, jak to nie będą za wszystkimi tęsknić i jak to wszystkich pokochali, łącznie z naszym Britsen... Ja to wszystko rozumiem, że piękny okres, że wspaniali ludzie. Ale to jest tylko jakiś kolejny etap w życiu, który nie trwa wiecznie (i świetnie, bo przecież trzeba iść do przodu). Wspaniała przygoda, która ma swój początek okraszony pewnymi obawami co do jej przebiegu i nieuchronnie ma swój koniec związany z pożegnaniami i powrotem do pozostawionej gdzies w innym zupełnie miejscu na Ziemi rzeczywistości albo początkiem poszukiwania dla siebie kolejnego miejsca... Inna sprawa, że nie można wszystkich kochać i deklarować nieustannej tęsknoty... Zdaję sobie sprawę, ze poziom sentymentalizu we mnie zbliża się nieuchronnie w tym momencie ku wartości zerowej niemal, ale jakoś wydaje mi się, że takie podejście jest po prostu zdrowsze. Wcale to nie znaczy, że nie doceniam wspaniałych ludzi, których tu spotkałam czy też których w ogóle spotykam na swojej drodze. Wręcz przeciwnie - doceniam i cieszę się niesamowicie, że dane było mi ich poznać, czegoś sie od nich nauczyć i po prostu spędzić z nimi cudowne chwile... I na pewno ich nie zapomnę:). A moze to chodzi po prostu o forme..? Może lepiej i bardziej "treściwie" powiedzieć komuś, że miło było go poznać, niż że będzie się tęsknić..? Świat już tak jest skonstruowany, że spotyka się w życiu naprawdę niezliczoną liczbę nowych osób. Sensem byłoby tęsknić za wszystkimi i na to tracić energię zamiast przeznaczać ja na poznawanie kolejnych i cieszenie się ich obecnością..? Jak dla mnie - wątpliwym..

No to się Mariolce rozpisało..;) Ale proszę też ją trochę zrozumieć, bo korzysta ona jeszcze z ostatnich już możliwości wypowiadania się na tym blogu, który już za kilka dni otrzyma ostatni, pożegnalny wpis...
Bo naprawdę na Mariolę już czas. Czas wracać i na nowo zabierać się za pozostawione "regularne" życie w Warszawie. To wyzwanie na teraz - zacząć jakąś konstruktywną pracę, sensownie popracować nad magisterką dla uroczej Pani Promotor z IPS:), potem jesienną porą włączyć w to jeszcze studia (jakoś Marioli kodeksów brakuje nawet;)) i w tym wszystkim mieć czas dla Tych, dla których z racji pobytu tutaj nie było go ostatnimi miesiącami za wiele. I tę całość jeszcze dzielić z Mężczyzną, z którym niestety dzieli Mariolę odległość fizyczna... Coś czuję, że łatwo nie będzie..;) Ale na pewno ciekawie i na wysokich obrotach:).

sobota, 6 czerwca 2009

Bzowo - końcowo.

Obiecałam bzowe fotki, ale niestety pogoda się załamała i zbyt wiele nie udało sie zrobić takich, które oddały bzowy urok Falun. Niemniej jednak kilka umieszczam:).


Jeszcze w ramach prezentacji falunowych ciekawostek - latarnia ubrana w skarpetę, stojąca przy drodze z uniwersytetu do centrum miasta.

wtorek, 2 czerwca 2009

Bzowo.

Dokładnie tak...:) Dzisiaj korespondecja z biblioteki w przerwie analizy przemyśleń T. Marshalla nad istotą obywatelstwa. Bo Mariola pisze jeszcze swą szwedzką magisterkę.. Z małym przesunięciem, acz na luzie już absolutnym, czemu (w sensie - luzowi) sprzyjała pogoda ostatnich dni - typowo szwedzkie upalne lato;). Sunbathing 2009 zatem już rozpoczęty;).

Koniecznie chciałam o czymś, aby mi nie umknęło... Bez... O bzie w Falun słów kilka. Kwitnie później nieco niż w Polsce, zresztą jakoś specjalnie sobie nim głowy nie zawracałam, chociaż bardzo lubię (nawet bzowych perfum się dorobiłam;)), dopóki któregoś majowego wieczoru w drodze powrotnej z treningu jakiś zapach zaczął mnie niesamowicie dusić... Zrzuciłam to na karb alergii, która niestety w Falun zaczęła postępować (jak to określiła Kakolka - w wyniku intensywniejszego jednak niż w stolicy kontaktu z naturą...), ale całą noc myślałam, że przecież ten zapach nie był mi obcy. No i wymyśliłam, a w zasadzie skojarzyłam gdy następnego dnia szłam do miasta (czego długo wczesniej nie robiłam ze względu na próby skupienia sie na pisaniu pracy mgr) i zobaczyłam, że krzewy przy ulicach i ścieżkach, wszędzie niemal skapane są w niesamowitym fiolecie w różnych odcieniach, gdzieniegdzie poprzeplatanym jasnym, kremowym prześwitem... Zachwyt to chyba odpowiednie słowo, aby określić to, co Mariola czuła..;) Bzowy raj:). Muszę jeszcze tylko porwać aparat na małą wycieczkę po bzowych ścieżkach, aby co nieco z nich pozostało:).

piątek, 22 maja 2009

O bibliotece słów kilka...

A miało być tak pięknie...jak to Happysad jeden ze swych utworów rozpoczyna... No i co? Odpowiedź pozwolę sobie ocenzurować;).

Wstałam dziś 5h(!) po moim budziku, który, co rzadko się zdarza, osobiście wyłączyłam... Miałam iść do biblioteki w poszukiwaniu naukowego klimatu, który w Falun tylko tam odnajduję, jakże odmiennie niż w Warszawie, no i faktycznie wybrałam się tam, tylko... Tylko, no właśnie... Na wieszaku w przedpokoju zostawiłam kurtkę przeciwdeszczową, ubrałam się w lekką wiosenna kurteczkę bo pogoda za oknem wydawała sie sprzyjająca i po śniadanku i kawce wyruszyłam w drogę.. I co..? I okazało się, a jakże, że wszelkie wynalazki i jakieś tam śmieszne membrany pakowane w nowoczesne kurtki być może się i sprawdzają w warunkach takich, gdy kapuśniaczek zmienia się jak na złość w regularną ulewę, ale pod jednym wszakże warunkiem... Trzeba tę kurtkę mieć na sobie, a nie na wieszaku w przedpokoju...;)! Tak więc do biblioteki nie doszłam, bo lało się ze mnie tak, że do samego jej zamknięcia nie zdążyłabym sie wyszuszyć, o skupieniu na lekturze nie mówiąc nawet.. Dobrze, że nikogo nie było na wybranej przeze mnie ścieżce, to mogłam się słownie wyżyć i sobie nieco ulżyć, co nie zmienia faktu, że zamarzył mi się znowu kick boxing..;)

Chyba jednak muszę jakieś ujście dla tych negatywnych emocji znaleźć, tym bardziej, że termin oddania pracy zbliża się nieubłagalnie, a ja coraz bardziej zbliżam się do stwierdzenia, że za mało przeczytałam, za mało wiem i jak mam oddać bubla, to może lepiej poczekać do września.. Eh, muszę to jakoś wykorzenić, no bo jednak miło byłoby już 6 czerwca świętować koniec roku akademickiego, który, o zgrozo, rozpoczął się przecież jeszcze pod koniec sierpnia ubiegłego roku. Zatem - kończ, waść, wstydu oszczędź:).

Ale miało być o bibliotece... Biblioteka uniwersytecka w Falun nie różni się specjalnie od innych bibliotek, choć pod względem powierzchni i liczby woluminów do BUWu jej zdecydowanie daleko.. Co natomiast jest bardzo pozytywne i charakterystycze, nie tylo dla tej jednej biblioteki w Szwecji, że można bez problemu, bez żadnych dodatkowych opłat korzystać z wypożyczeń międzybibliotecznych. Wystarczy jedynie wypełnić gotowy formularz na stronie www. i czekać, aż bibliotekarz znajdzie, w zbiorach jakiej biblioteki dana pozycja się znajduje, zamówi ją, wyśle maila z informacją, że książka już czeka na półce w bibliotece. Trwa to naprawdę stosunkowo niedługo, bo ok. tygodnia, gdy nie ma problemu z dostępnością danej książki w innych bibliotekach. Można w ten sam sposób zamawiać artykuły z czasopism naukowych, wtedy jednak obowiązuje opłata 20 koron, ale otrzymuje się kserokopię na własność. Swoją drogą, ciekawa jestem, jak rozwiązują tutaj problem praw własności intelektualnej, skoro jest to jednak, bądź co bądź, oficjalny obieg materiałów naukowych. W każdym razie - tutejsze mechanizmy biblioteczne bardzo mi odpowiadają. Dodatkowym plusem jest brak limitów ilościowych na kontach czytelników. Wolumin można przedłużyć nieskończoną ilość razy, dopóki ktoś inny nie zamówi danej książki, co na zdrowy rozum, jest niesamowicie rozsądne, bo po co jakaś książka ma się kurzyć na półce, skoro komuś jest przez dłuższy czas potrzebna? Eh, jakoś sobie nie potrafię póki co wyobrazić żadnej polskiej bibliioteki uniwersyteckiej działającej w sposób tak przyjaźnie nastawiony do studenta. A szkoda.

A tak jeszcze nawiązując do początkowej części posta - oczywiście jak już doszczętnie przemokłam i lało się ze mnie, deszcz zelżał...a gdy tylko weszłam z powrotem do pokoju, aby się wysuszyć, przestało padać... I jak tu się nie irytować..;)?

środa, 20 maja 2009

O systemach, o-presji i innych przyjemnościach..;)

Hmm....
Znów minęło sporo czasu od ostatniego postu... Tego dedykuję Czytelnikom, którzy mnie motywowali i zmotywowali ostatecznie dzisiaj do napisania czegoś;). Zatem kakao w kubek, Michałek z Polski do ust i zaczynamy...;)

W zasadzie powinna Mariola teraz pracować nad ukończeniem - wróć, co ja mówię - nad rozpoczęciem procesu pisania pracy magisterskiej. Idzie średnio, koncepcję niby Mariola ma, feministyczny pazur chce wysunąć (co było do przewidzenia jednak;)) i "ugryźć" teorię obywatelstwa socjalnego w perspektywie genderowej, bo Marshall o niej, zdaje się, że "zapomniał";). I naprawdę, to wcale nie jest takie nudne, jakim się wydaje być, a wręcz przeciwnie - ciekawe jak diabli, zwłaszcza gdy dorzuci się do tego szczyptę teorii opresji I. M. Young i można się przy okazji "napuszyć" i nakręcić antymaskulinistycznie nieco;D. Zatem to chyba nie kwestia tematu, ale czegoś innego...

Zachodzi Mariola w głowę od jakiegoś już czasu, co może mieć aż tak destrukcyjny wpływ na organizację (ok, umówmy się - brak jakiejkolwiek organizacji) pracy? W kręgu głównych podejrzanych znajduje się szwedzki system szkolnictwa wyższego i reguły, jakie obowiązują na uczelni. Sam jesteś sobie sterem - ok, brzmi fajnie i ciekawie, ale jak człowiek przywykł już porządnie do systemu egzaminowo-sesyjnego i przesiąkł atmosferą polskiej uczelni, gdzie jednak wskazane jest trzymanie się narzuconych schematów organizacyjnych i gdzie student bardziej jest jednak "prowadzony za rączkę". Tutaj chcą nas samodzielnych - i świetnie. Mariola jest za, ale jakoś ciężko czasem wykorzenić różne nawyki polskiego pochodzenia...

Kolejna rzecz jest taka, że jednak częste, a na pewno częstsze niż się Mariola spodziewała, odwiedziny w Polsce trochę tę nieuporządkowaną organizację jeszcze bardziej "rozpracowują". Jakby to jakiś wróg miał być co najmniej;). Nie żeby Mariola narzekała - co to, to nie!:) Szczęśliwa jest jak nigdy:) - to jedynie obiektywne w miarę spostrzeżenie, że jakiś wpływ na dezorganizację może to mieć;). Zresztą, nie jest to chyba aż tak istotne... Deadline się zbliża, to i organizacja się poprawi;), a po powrocie do stolicy będzie chodzić jak dawniej:).

W sumie to mogłabym już powoli odliczać dni do wylotu ostatecznego, bo bilet już zakupiony i nie ma odwrotu:). I znów będzie problem z zapakowaniem dobytku w 40 kg bagażu... Tyle wywiozłam już, tyle osób obdarowałam częścią swojego dobytku, a tu jeszcze może być problem.. Eh...ale wkońcu co państwo dobrobytu, to państwo dobrobytu:D. Welfare state is welfare state;).

Płynnie udało mi się przejść do zasygnalizowania jednego z najwspanialszych tygodni pobytu w Szwecji, gdy na wizytację do kraju Trzech Koron udało się czteroosobowe przedstawicielstwo IPSu (reprezentacja Ekipy niepełna, ale większościowa;)). Co się działo, niech pozostanie między uczestnikami i tymi, którzy zostali bądź też zostaną dopuszczeni do tej wiedzy na prawie przywileju;). Grunt, że dzięki duuuużej dozie humoru, momentami przeistaczającego się w opary absurdu, udało się Ekipie przetrwać blisko tydzień, podróżując non-stop tym samym autem, śpiąc w jednym domku (czasem na jednym łóżku;)) i spożywając razem posiłki (upływające pod znakiem pasztetu i kabanosa;)) bez znaczących "zgrzytów". Ponad 2000 km przebytych wspólnie, okraszonych początkowo lekkim szokiem, że wynajęte auto może "tyle" palić;) wiodło przez Sztokholm, wschodnie wybrzeże Szwecji, Olandię (dla mnie jeden z najlepszych punktów;)), Wielkie Szwedzkie Jeziora, Falun aż po granicę norweską i najwyższy szwedzki wodospad Njupeskär. Pięknie było! Za co niniejszym, na łamach tego skromnego periodyku blogowego dziękuję sprawcom, współsprawcom i podżegaczom tej wyprawy:).

A na koniec, dla wytrwałych czytelników tego ciut przydługiego postu, nagroda w postaci kilku fotek z wyjazdu:). Miłego oglądania.





































sobota, 25 kwietnia 2009

Optymistycznie:)

Znów zmieniłam miejsce pobytu na Falunowe. Gdy weszłam do pokoju, ucieszyłam się, że przed wyjazdem posprzątałam, bo aż miło mi się zrobiło gdy przywitało mnie przejrzyste, uporządkowane wnętrze. Chyba zatem jeszcze jest cień szansy, że wyleczę się choć trochę z mojego wiecznego bałaganiarstwa;).

Jako że wróciłam późno i byłam po całym dniu podróży zmęczona poszłam wcześnie spać:). Miałam zamiar umknąć powracającym z piątkowej imprezy imprezowiczom, ale zdradziły mnie odsłonięte żaluzje:D i przed snem jeszcze miłe powitanie z lubelskimi erasmusami, którzy postanowili z rzeczonej imprezy wrócić wcześniej:).

Dzięki pobudce M. udało mi się dziś podnieść z łóżka przed 8. (jest sobota:)) i jest to kolejna zmiana, która bardzo mi odpowiada:). Tym bardziej, że Falun już nie jest tak jak zimową porą odłączone przez większość dnia od światła słonecznego, ale właśnie od samego rana wita mnie przez szybę promieniami słońca:). Byłam też trochę zdziwiona, kiedy tuż po opuszczeniu ciepłego pociągu (22:30) przywitał mie delikatny, ciepły wiaterek, podczas gdy w moich Siedliskach wieczorową porą chwytał jeszcze przymrozek i pierwszy przydomowy wieczorny grill skończył się przemarzniętymi paluszkami...

Rzecz niepocieszająca jest taka, że mam meeeeega zaległości:/. W życiu chyba aż tak nie miałam... Natomiast jest też tak, że szczególnie mi tego nie szkoda... Mam nadzieję, że dam radę nadrobić, tym bardziej, że teraz już w ogóle regularnych zajeć nie mam. A czas spędzony w Polsce w Warszawie, w domu i we Wrocławiu wart był tego, aby się, delikatnie mówiąc - zaniedbać:P. Inna rzecz jest taka, że po prostu nie potrafię już jakoś skupić się w domu, a widując się z M. tak rzadko jak to ma miejsce, to po prostu grzechem byłoby pisanie jakiejś pracy;). Dlatego też nadrabiałam już w drodze powrotnej, kończąc jedną z zadanych prac w ciągu 1,5 h w Macu na lotnisku, podczas gdy nie mogłam jej dokończyć przez cały poprzedni tydzień:/!

Zbieram się teraz w sobie intensywnie, aby przed poniedziałkowym wyjazdem do Sztokholmu na spotkanie całej Załogi IPS skończyć choć część tego, co mam do zrobienia:).
A potem....? Potem musi być fajnie:) Jeden samochód, jeden facet, cztery fajowe babeczki i... Szwecyja:)

czwartek, 2 kwietnia 2009

Refleksyjnie z żonkilami w tle;)

No i przyszedł kwiecień... Nie będę się już usprawiedliwiać nawet sama przed sobą, dlaczego tak długo nie mogłam się zebrać z nową notką na blogu. Tak wychodziło po prostu, a może raczej nie wychodziło;).

Dzisiaj jednak coś mnie natchnęło... Mam wrażenie, że to skumulowany efekt wiosennej już bardzo pogody (choć śnieg jeszcze spokojnie sobie leży, delikatnie dając się jedynie podtopić odważniejszemu już coraz bardziej słońcu) i niesamowitego zapachu, jaki sobie zafundowałam w pokoju odżałowując 10 koron na doniczkę pięknych żonkili:). Aż nawet wysprzątałam dokładnie pokój by zapach mógł się rozgościć w jak najlepszych warunkach:).

Na chwilę obecną niemal już skończyłam wszelkie "regularne" zajęcia na uniwerku Falunowym, pozostało napisanie pracy końcowej z ostatniego kursu i tego co najważniejsze, czyli magisterki. Szczęście całe, wczoraj wypracowałam w końcu ostateczną wersję mojego tematu i jeśli będzie taka potrzeba, to zawalczę, aby nimkt mi w niego nosa nie wtrącał za bardzo;). Dokładnie - mój promotor, do któego póki co dość sceptycznie nastawiona jestem. Mam nadzieję, że będę miała okazję się co do tego rozczarować:P.

W końcu udało mi się zwiedzić trochę chociaż szwedzką stolicę i wrażenia bardzo pozytywne:). Dużo bardziej pełne życia niż pozostała część kraju, a tego mi ostatnio bardzo brakowało. Jeszcze przed wyjazdem w sierpniu nie pomyślałabym, że będę tęsknić za tłumem na ulicach, za "delikatnym" tłokiem w tramwaju i nawet za korkami:). Po prostu - za tętniącym 24h na dobę życiem miastem:). Bo, że w końcu ja sama będę chciała mieć więcej niż mniej zajęć do zrobienia, to mogłam się po sobie spodziewać, jako że pracoholizm ciężko wyleczyć;). Nawet na odległej, niezwykle spokojnej i cichej Północy. Przynajmniej jednak człowiek zdaje sobie w końcu sprawę z tego, że to "paskudztwo" go dopadło, trzyma i nie puści;). Przynajmniej na razie. Zbyt wiele rzeczy do zrobienia jest, aby się go wyzbywać.

Ostatnio strasznie szybko ucieka mi tutaj czas, z czego jestem nawet zadowolona, bo wcześniej wolny upływ czasu niesamowicie mnie drażnił, ale z drugiej strony... Teraz czeka mnie naprawdę intensywny wysiłek intelektualny w związku z pisaniem magisterki. No i za chwilę już znowu wylatuję do Polski:) Tego, że tak często będę w odwiedziny wpadać, też nie przewidziałam;). Tak więc teraz niecałe 3 tyg, które, to już wiem, miną bardzo szybko. Potem czekam na odwiedziny ekipy z IPSu i w drogę w Szwecyję!

A teraz do biegania uciekam, bo pora na trening, a pogoda fantastyczna:).

wtorek, 24 lutego 2009

Come back:)

Tyle czasu minęło od ostatniego wpisu, że aż nie wiem od czego zacząć... Bo działo się dużo i to na bardzo różnych płaszczyznach.
Usprawiedliwiać się z niepisania nie będę, bo i nie ma z czego - po prostu jakoś mi nie po drodze było do blogspota. Nawet bezproduktywne dłuższe i krótsze chwile celebrowałam z namaszczeniem, chyba już coraz bardziej świadoma tego, że przecież lenistwo takie prędzej już niż później musi się skończyć. Nawet mimo tego, że przecież brakuje mi jednocześnie już coraz bardziej mojego zabieganego życia. I w ogóle Polski mi brakuje. Z przyczyn wielu, do których jakiś czas temu dołączyła najważniejsza... Chociaż z drugiej strony to nie tak, że mi tutaj jest źle:) Bo przecież tak nie jest, ale - jeszcze się taki nie narodził, co by Marioli dogodził:) (a może jednak;)?)...

Niemniej, do rzeczy powracając, ostatni prawie już miesiąc, jako się już rzekło, minął bardzo intensywnie i niezwykle szybko.. 2 tygodnie odliczania do wylotu do Polski, w międzyczasie intensywny wysiłek naukowy podjęty w celu uzyskania całkowicie wolnego od jakichkolwiek trosk tygodnia w PL. W całym tym pędzie, zadowolona z siebie, że udało mi sie ukończyć w nocy tuż przed wyjazdem pracę na seminarium, wysłałam zamiast rzeczonej pracy tekst zadania, którym mieliśmy się zająć:) i szczęśliwa wymaszerowałam na pociąg w środku nocy w asyście dzielnych dwóch kobiet i mężczyzny, którym jestem bardzo wdzięczna:).

O PL rozpisywac się nie będę bo byłby to zbyt duży offtop, biorąc pod uwagę tytuł bloga:). Powiem tylko, że było fantastycznie, po balu bolały mnie niesamowicie stopy, co świadczy, iż zabawa była przednia (a buty nie do konca wygodne;) - ale tak to jest, jak chce się wyglądać jak gwiazda:D). A to przede wszystkim dzięki wspaniałym przyjaciołom, do których aż chce się wracać:). W międzyczasie zaliczyłam też swój poważniejszy debiut cukierniczy i zmierzyłam się z przepisem na genialny sernik z brzoskwiniami mojej cioci - efekt końcowy był zdumiewający nawet dla mnie samej:). Ale co się wymodliłam przed piekarnikiem przez te 1,5 h kiedy sernik się piekł to wiem tylko ja:). Szkoda, że w Szwecji nie mozna kupić zwykłego twarogu, bo mogłabym jeszcze się wykazać tutaj:). Ale już po głowie mnie i Ani chodził pomysł własnej produkcji sera:).

Ogólnie staram się teraz jeszcze systematyczniej niz do tej pory ruszać:). Zobaczymy co z tego wyjdzie:). Mam nadzieję, że jednak uda mi się tutaj rozbiegać bardziej niż przez ostatnie 3 lata w Warszawie;). Dziś z kolei poszłam na pierwsze zajecia z tańca nowoczesnego. Było dość delikatnie, jazzowo raczej i sympatycznie:). Moje ciało chyba jednak tęskniło za cotygodniowym wyginaniem sie i skakaniem w rytm muzyki, jakie serwowałam mu w zeszłym roku u fantastycznego pan R. z jeszcze bardziej fantastycznymi pośladkami;). Eh...:)

No tak, to tym jakże miłym wspomnieniowym akcentem zakończę na dzisiaj:). Zabieram się za czytanie, aby nie mieć zaległości gdy M. przyjedzie:).

poniedziałek, 26 stycznia 2009

Pięknie! :)

W końcu dziecko, które jest we mnie dostało, to czego chciało...:) Falun jest całe zasypane śniegiem:), ale tak, że po odśnieżaniu aż porobiły się zaspy! Jest pięknie, biało i wcale nie tak zimno. Miodzio:). W nocy też mi coś pod oknem wyrosło:).

To jedna pozytywna wiadomość. Druga jest taka, że po tygodniu intensywnej walki i wygniatania matareca w łóżku udało mi się (odpukać - puk, puk) pozbyć szwedzkiego paskudztwa. Ale szczerze przyznaje, że to był najgorszy tydzień mojego całego pobytu tutaj jak do tej pory.

Jest jeszcze trzecia, najważniejsza:). Jeszcze tylko dwa tygodnie do wylotu do Polski!:) Gdyby ktoś w sierpniu przed wyjazdem tutaj powiedział Marioli, że będzie tak dni odliczać, nie uwierzyłaby... Zresztą, nie ma się co Marioli dziwić - ja sama jeszcze nie do końca zdaję sobie z tego sprawę;).

czwartek, 22 stycznia 2009

hmm...

No i stało się... Falunowe przeziębienie dopadło mnie trzeci już raz:/. Mam nadzieję, że to już ostatni...

To mój pierwszy wpis po powrocie z Polski więc czuję sie w obowiązku niejako napisać trochę o tym co być może się zmieniło tutaj;).
To, co przede wszystkim rzuca sie w oczy to duuuużo Polaków:). Ok, faktycznie fajnych;). Natomiast reszty nowego składu Britsenowego jeszcze zbyt dobrze nie poznałam ze wględu na moją niedyspozycję obecną. Wprawdzie w weekend miniony wielu spośród "newcomersów" było na domówce u Niemców, ale ciasnota taka, "crowded";), że nie było gdzie stopy postawić, co Marioli ewidentnie przeszkadzało.. (chyba za bardzo wygodnicka sie zrobiła;)).
To co mnie cieszy wciąż, to snieg za oknem:), który w połączeniu z temperaturą rzędu tylko kilku stopni poniżej zera daje całkiem przyjemne wrażenia:).
To może dla równowagi coś mniej miłego - złotówka się chwieje..korona szaleje.. biedniejemy tutaj niestety.. Ale cóż poradzić - jak to już kiedyś usłyszałam - zachciało się tak daleko na Północ, to proszę bardzo... No i jakos poradzić będzie trzeba:). Póki co zainwestowałam w półroczny karnet na fitness aby mniej wydawać na jedzenie. Słowem - nastąpiło przesunięcie środków;). I jeszcze sie okaże, że w końcu Mariola nauczy się rozsądnie gospodarować pieniędzmi..hehe...:D

Zapomniałabym.. Zostałam nowym bossem kitchenowym;) w mojej korytarzowej kuchni. W sumie to sama sie nim mianowałam;D Ale ktoś musi przecież czuwać nad tym, co się czasem wyczynia w A-down, bo czasem "kitchen is out of control":D.

Z ciekawostek to moze jeszcze o sylwestrze w britsen;)? Bardzo fajna impreza z tego wyszła:). Jako że Agnes chorowała w sylwestra (tego "prawdziwego") postanowiliśmy tutaj jej zorganizować party:). Jak na sylwestra przystało, były przekąski i szampan:). Z tym że z szampanem to dość "przebojowo". Najpierw robiąc zakupy totalnie zapomnieliśmy, że jednak przydałyby się bąbelki i dosłownie spod prysznica wypadłam z przerażającą myslą, ze nasz sylwetster odbędzie sie bez szampana. Ale bąbelki zdobyłam:). Z tym, ze pozbawione niemal procentów, bo na wizytę w Systembolaget było już za późno.. Kolejna przygoda bezpośrednio związana z owym brakiem procentów była taka, ze rzeczony "szampan" zamarzł kiedy chłodził się chwile w zamrażarce:D. No i o północy nie wystrzelił... Ale na szczęście na odsiecz przybyli kolejni imprezowicze z butelką "prawdziwego" szampana. I wszystko dobrze się skończyło:).

niedziela, 11 stycznia 2009

Z ziemi polskiej znów na Północ...

Ależ szybko minął cały miesiąc spędzony w Polsce! Raz, dwa i już trzeba znów wracać..
Ok, za Falun, Britsen, ludźmi i atmosferą erasmusową się trochę stęskniłam, to fakt. Ale jednak powrotu na stare warszawskie i zamojskie śmieci do wspaniałych przyjaciół nie da się do niczego porównać:). Mariolkowe serducho ogromną wdzięczność pragnie w tym miejscu wyrazić:).

Mam nadzieję, że mój kwiatek na oknie nie usechł całkiem z tęsknoty za swoją pania;). Cieszę się na powrót do Falun, ciekawa jestem, co mnie teraz tam nowego spotka (już doszły mnie słuchy, że nowych 15 Polaków w nowym semestrze przyjedzie... - fajnie niby, ale..;)). Zobaczymy:).
A za miesiąc niecały znów odwiedziny w Polsce;).

piątek, 5 grudnia 2008

Mikołajkowo:)

Przesadziła Mariola zupełnie z uśpieniem aktywności blogowej... Chyba trochę śniegowa falunowa pierzynka się do tego przyczyniła..;). I szaleństwo naukowe z ostatnich tygodni pewnie na pewno też.

Falun przykryte białym śniegiem wygląda uroczo, zwłaszcza wieczorem kiedy w każdym niemal oknie zapalone są lampki, świeczki i co tam jeszcze daje światło. To taki szwedzki bardzo pieczałowicie pielęgnowany zwyczaj - zamiast światła dziennego, którego w grudniu naprawdę niewiele jest, ulice i domy rozświetlane są dodatkowo takimi światełkami. Obiecuję przed wyjazdem jeszcze wrzucić zdjęcia, aby to trochę bardziej zobrazować:).
W penym stopniu Mariolka uległa szwedzkim zwyczajom okiennym i skusiła się na udekorowanie swojego jedynego okienka w pokoju aby było bardziej "klimatyczno-szwedzko-świąteczne";). Przez cały proces nawlekania ozdób na nitki i przewieszania ich przez karnisz towarzyszyła mi już nutka świątecznego nastroju;). Próbka efektu do podziwiania na zdjęciu:).

Ach, i ten przyjemny temat - za 6 dni wskakuję w pociąg, jadę na Arlandę i potem fruuuuuu:) Naprawdę nie mogę się doczekać:) I mam nadzieję, że Warszawa przywita mnie ciepło - chociażby promykiem słońca, kiedy wstanę rano:). Słyszysz słońce;)?

wtorek, 18 listopada 2008

gdzieś między Szwecją a Polską...

jest Mariola...

Odkrywcze jak nie wiem co;). A tak serio, to trochę więcej sensu powinno dać wyjaśnienie, że właśnie Mariola jest w trakcie pisania pracy zaliczeniowej o szwedzkim i polskim systemie emerytalnym. To tak gwoli wyjaśnienia tylko.

Znowu w Mariolkowe życie nie wiadomo skąd wtargnęło niedobre szwedzkie przeziębienie i od piątkowego wieczoru nieustannie Mariolę wkurza. Bo żadne sposoby Mariolkowe sobie z nim nie radzą, a jak Marioli coś nie wychodzi tak jak chce to jest zła. Ot, a problem to tym większy, że na weekend zaplanowała sobie Mariola, że napisze o tych systemach i typologiach welfare state, ale zatkany nos i gardło spowodowały brak kontaktu Marioli z jej półkulami mózgowi i w rezultacie siedzi Mariola i kończy pisać pracę właśnie teraz:).

Ach, bo zapomniałabym.. Mimo kondycji niewątpliwie odbiegającej od normy (a może właśnie dzięki temu?) udało się Marioli wzbogacić szwedzkie doświadczenia kulinarne w postaci ugotowanego rosołu (nie z kostek Knorra;)) i ogórkowej z babcinych ogórków dostarczonych przez Niemkę polskiego pochodzenia. Ach, och i mniam:).

A pogoda to już nie sprzyja totalnie.. Może znajdzie się ktoś, kto odpowie na apel;) "Podaruj mi trochę słońca"?;)

piątek, 14 listopada 2008

wy-czerpanie

A tak właśnie - wy-czerpujące były ostatnie dni. Z dzisiejszym wieczorem włącznie;). Przede wszystkim to "zasługa" tego, że od tygodnia niemal nieugięcie walczę z kolejnymi typologiami welfare state a przez jakiś czas odczuwałam nawet, że to one walczą ze mną;). Póki co wygrałam i nawet "podwójny Saxonberg" nie dał mi rady.

Z kolei aby sie uodpornić na kolejne mające nadejść starcia rozpoczęłyśmy dzis z Asią intensywne przygotowania w postaci treningu kick boxingu;). I nie śmiać się proszę, że pacyfistycznie nastawiona do świata Mariola jakoś się przekonała do walenia z całej siły pięściami;). Asia żyje, ja jeszcze też - zobaczymy czy jutro będziemy mogły się ruszyć;). Może z czasem nawet uda nam się dojść do momentu w którym będziemy zadawać ciosy robiąc jednocześnie pompki;), bo dziś to nawet pomki zrobić nie mogłam niestety. Tak więc czwartkowe wieczory od dzisiaj zostają dedykowane kick boxingowi. Nad planem na kolejne dni musimy jeszcze popracować:).

Z małych obserwacji falunowej infrastruktury - przy przejściach dla pieszych zainstalowane są puszki z przyciskami takimi jak w Polsce dla przyspieszenia zmiany świateł, ale... puszeczki są podświetlane światełkiem aby było wiadomo gdzie przyciskać;), a światełko włączane jest fotokomórką - na zwykłym przejściu dla pieszych w Falun:).

poniedziałek, 10 listopada 2008

Na raz, na dwa...

....świat za uszy dziś złap;).
Ależ dzisiaj natchnienie złapałam dzięki piosence Majki Jeżowskiej - przypomniała mi się jakimś dziwnym przypadkiem i przypomniałam sobie, jak mając kilka lat ledwie ćwiczyłam na niej swój głos. Jak wiadomo gwiazdą muzyki rozrywkowej nie zostałam, ale co się moi domownicy nasłuchali..;).

W ogóle dzisiaj Mariola w dobrym humorze jest - pewnie w dużej mierze to zasługa tego, że w koncu pokryła swoje odrosty na głowie nowym kolorem i błyszczy teraz na czerwono;) (ach, tak niewiele potrzeba kobiecie do szczęścia - no, może jeszcze jakaś nowa para butów;)).

Doszło w ogóle do niesamowitych rzeczy tutaj w Falun - sama z siebie zmuszam się aby wstawać wcześniej i korzystać trochę ze światła dziennego, bo jak w ciągu weekendu budziłam się w okolicach polskiej pory obiadowej, to łącznie przez weekend cieszyłam się tym światłem przez 4 godziny:/.

Nietypowo też spędziłam Dzień Wszystkich Świętych - bo na imprezie na statku między Szwecją a Wyspami Alandzkimi. Co się tam działo, to nawet się największym filozofom nie śniło. Totalny zanik jakichkolwiek hamulców u Szwedów kiedy są poza krajem i kiedy się napiją tak, że ledwo włóczą nogami. Aż momentami żałosne. Sama nie potrafiłam się bawić na parkiecie pokrytym warstwą potłuczonego szkła, ale warto było zobaczyć to wszystko na własne oczy w celach poznawczych;). Tak sobie neutralizuję dysonans po wydaniu kilkuset koron;). A może po prostu nie poczułam bluesa bo nie wlałam w siebie wystarczającej ilości procentów;)?

I żeby nie było, że Mariola tylko imprezuje;) - młoda koordynatorka nowego kursu to taki mały czeski tyranek i dba o to, aby nie nudziło się nam w mniej i bardziej wolnych chwilach. Co oczywiście nie przeszkadza w kończeniu pisania tekstu na seminarium tuż po powrocie z imprezy;). No ale kto wyznacza deadline na 11 rano w niedzielę? Brak jakichkolwiek szans na obudzenie się:).

środa, 29 października 2008

Pierwszy psi bobek i pierwszy śnieg;)

To żeby nie było tak tajemniczo, mówię od razu o co chodzi;). Śnieg spadł, i owszem, ale w Borlange, 20km od Falun. U mnie pada dzisiaj niestety deszcz, ale liczę na to, że niedługo będę mogła się nacieszyć już śniegiem - przynajmniej powinno się wtedy zrobić widniej;).

Co do psich kup... Szwedzi nie są takimi fanami psów, jak Polacy, co wynika z wielu czynników,a le nie będę tutaj wykładu robić. W każdym razie niewielu jest właścicieli czworonogów przechadzajacych się po mieście czy terenach zielonych, a jeśli już taki Szwedz wybierze się na spacer, to koniecznie po psie swoim sprząta! (Ach, tak mi się Warszawa przypomniała... - zastanawia mnie co gorsze - potop szwedzki czy potop psich odchodów, który obejmuje we władanie stolicę w okresie roztopów..;)?). Wracając do Falun, chyba dwa dni temu szłam sobie z Asia jedną z głównych uliczek w centrum miasteczka i zobaczyłam na bruku coś, z czego zdałam sobie sprawę dopeiro dobrą chwilę później, bo cieżko było mi w to uwierzyć... Na kocich łbach Asgatan leżała psia kupa! Niesamowite, jakiego szoku może człowiek w takiej chwili doznać..;) Moje przypuszczenie jest takie, że właściciel tego stworzenia, które zostawiło bobka na ulicy nie mógł byc Szwedem.

To może jeszcze o Szwedach trochę, bo to wdzięczny temat;). Ich szacunek do prawa i wszelkich regulaminów, regulacji itp. jest niezwykły.
Dobrą ilustracją tego będzie mała historyjka z życia wzięta. Otóż pewnego piątku wybrał się pewien szedzki student z grupą znajomych do Karen - miejsca, gdzie w piątki imprezują studenci. Jako, że Karen należy do tutejszego zrzeszenia studentów, aby wejść do środka należy okazać kartę poświadczającą wpłatę opłaty członkowskiej i dokument potwierdzający tożsamość i wiek. Kolejna cecha imprez w Karen jest taka, że w roli DJów pojawiają się studenci należacy do Falunowego zrzeszenia. Tak się złożyło, że ów rzeczony Szwed grywał kilkakrotnie już na piątkowych imprezach. Feralnego wieczoru zapomniał jednak karty studenckiej i nie było przebacz. A przecież ochroniarze i zwłaszcza ekipa obsługująca cały przybytek (też studenci-wolontariusze) znali go wcześniej. N
ie jest mi trudno wyobrazić sobie, ze w tej sytuacji w polskim klubie jednak taka osoba wchodzi. A tutaj to nie przejdzie. Regulamin jest regulaminem.

środa, 22 października 2008

Jag talar lite svenska;)

Haha, dzisiaj (wczoraj już;)) Mariola miała egzamin ustny ze szwedzkiego. Na 9. rano(!). W grupie z Litwinem i Wietnamką. Jak jeszcze Litwina dało się jakoś zrozumieć (w sumie to nic dziwnego - piliśmy już kiedyś pędzony przez niego bimber;)), to szwedzki w wydaniu wietnamskim brzmiał niemal po chińsku. Swoim kaleczeniem się chwalić nie będę;).

Obecnie przeniosłam się duchem do Krakowa razem z moim ukochanym Marcinem Kydryńskim i jego siestą... Hmm... ależ mi się marzy takie posiedzenie w knajpce z cudowną muzyką... Kraków też chętnie bym odwiedziła, bo i dlaczego nie;). O Warszawie nie wspomnę:).

Miniony weeken obfitował w szaleństwa Britsenowe. Wymyślone przez naszą polską kobiecą ekipę Fancy Dress Party okazało się być strzałem w dziesiątkę. Ludziska dopisali niesamowicie i wykazali się wszyscy przy tym niemałą kreatywnością, bo jednak w Falun nie ma nieogranizonego dostępu do wszystkiego i możliwość zakupu czy zorganizowania czegoś jest niewielka. Ale jednak dla studentów nie ma nic niemożliwego. Były więc wampiry, śmierć z kosą, gejsze, politycy, biznesmeni, żaby, anioły, robokop, wiedźmy, kowboje, narkomani... Całe mnóstwo najróżniejszych postaci. Oczywiście największa furorę zrobił sześcioosobowy Polish Cleaning Team organizaujący imprezę;). W sumie to ta cała koncepcja z przebraniem miała sporo sensu, bo następnego dnia trzeba było posprzątać cały bałagan po wszystkich.

Zapomniałam sie chyba czymś pochwalić - jakiś czas temu odwiedziłam w końcu osławiony Systembolaget w celu nabycia alkoholu. I całkiem pozytywnie zaskoczyły mnie ceny winnych trunków - Concha Y Toro i Jacob's Creek dostępne nawet kilka zł taniej niż w Polsce. A w sumie, to dlaczego mnie to dziwi, skoro w Polsce są jedne z najdroższych win... Ech, w każdym razie ucieszyła się wtedy moja buzia, że jednak z ulubionego napoju nie muszę rezygnować, a nawet mam szansę popróbować czegoś nowego. Szkoda tylko, że nic gruzińskiego na półkach nie stało... Będę musiała nadrobić podczas pobytu w Warszawie i udać się do sympatycznego pana z Wine House w Wileniaku;).

I chyba z racji coraz krótszych dni (niestety nadeszły..) znów bardziej będę sympatyzować z trunkami w mojej ukochanej barwie;). Właśnie - słońca mi brakuje ostatnimi dniami. Dzisiaj po przebudzeniu się o 7:30 z przerażeniem stwierdziłam, że jest ciemno jeszcze....

Może trzeba będzie jakieś gorące południowe klimaty odwiedzić w zimie..;)?

A właśnie... Niedługo już listopad i nad sylwestrem tegorocznym trzeba już myśleć...:)

A póki co, położę się chyba spać wczesniej niż zwykle:)

wtorek, 14 października 2008

Wycieczki, kosteczki i inne przygody

Dlaczego ten czas tak mi przez ręce tutaj ucieka? Śpię, idę na zajecia (jeśli je mam;)), gotuję, jem, gadam, plotkuję, bawię się i tańczę, czasem pobiegam, czasem coś poczytam, ale w sumie nic konstruktywnego nie robię, a czas uciekaaaaa... Nie podoba mi się to, o nie. Chyba trochę brakuje mi mojego warszawskiego organizera, w którym każdy dzień zazwyczaj zapakowany był od rana do późnego wieczora. Nie za wcześnie za tym tęsknie;)?

Do rzeczy Mariola. Po bardzo intensywnym weekendzie przyszedł czas, aby znowu coś napisać:).
Sobota miniona upłynęła pod znakiem Uppsali - najstarszego ośrodka uniwersyteckiego w Szwecji, do której zaprosił nas na wizytę do swojego domu nasz prof. prowadzący kurs o kulturze szwedzkiej, co o tyle jest niespotykane, że w Szwecji raczej nie jest powszechne zapraszanie ludzi do domu (poza wąskim gronem najbliższych przyjaciół). No ale - prof. Tekeste jest Etiopczykiem;), tyle że ożenionym ze Szwedką. Do tego bardzo sympatyczną i niesamowicie otwartą. Tak więc grupą 24 osób zrobiliśmy studencki najazd na XVIIIw. dom profesora (wynajmowany od Uniwersytetu), w którym królowały książki:). Lunch pomyślany został na nutę włoską - pasta z pomidorami i sałata do tego. Współprzyrządzane przez nas;). Dobrze, że mieliśmy w gronie naszym chociaż jednego Włocha, który mógł czuwać nad wszystkim. Nieważne, że sam się przyznawał, że kuchnia to nie jego królestwo;). Wyszło pysznie. A na deser wyśmienita kawa i ciemna czekolada, czyli to, co Mariolki lubią najbardziej;).

Zaczerpnęliśmy więc Uppsalowego powietrza, które to jednak różni się nieco od tego w Falun, bo miasto jednak większe i więcej studentów w nim można spotkać .Z ciekawostek typowo studenckich można dorzucić, że za 50 koron można przez całą noc bawić się we wszystkich 13 studenckich klubach, które znajdują się w centrum miasta. Moja trzyosobowa ekipa udała się jednak ostatnim pociągiem powrotnym do Falun. Nie do końca przespana noc dawała się bardzo we znaki. Tym bardziej w pociągu, bo nie było już wolnych miejsc siedzących, a Mariola poza tym nie miała nawet biletu, bo zwyczajnie już nie było. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że po jakiejś pół godziny spędzonej na dywanie za siedzeniami (notabene dokładnie w tym samym miejscu podróżowały nasze walizki, gdy przybywałyśmy do Falun pociągiem w sierpniu;)) udało nam się zająć jakieś zwolnione miejsca. A z racji tego, że nikt z obsługi pociągi nie przychodził przez długi czas na kontrolę biletów udało mi się też sporo zaoszczędzić na bilecie, który kosztuje sporo więcej, gdy jest kupowany w pociągu. Natomiast po przesiadce w Borlange do Falun (jedna stacja 20 min. jazdy) konduktor pytający o bilety na moje stwierdzenie, że chciałabym kupić bilet do Falun poprosił abym raz jeszcze powtórzyła mu, gdzie chcę jechać, po czym uśmiechnął się i poszedł dalej. Ach, ma się ten urok;).
Po męczacej drodze powrotnej jedyne, o czym Mariola marzyła to był gorący prysznic w przepysznym kakaowym żelu z Ives Rocher i ułożenie się do łóżeczka. Co też uczyniłam, nie przeszkadzając sobie w spaniu przez kolejnych 13h.

A teraz pora w końcu sie trochę wziąć za naukę, bo już za tydzień mam ustny egzamin ze szwedzkiego (dobre sobie;)) i koniec kursów się nieuchronnie zbliża, co oznacza, że trzeba oddać też końcowe prace. Ojej, ojej.

Dzisiaj z kolei Mariola zarobiła swoją pierwszą zapłatę za pracę wykonaną na ziemi szwedzkiej;). Po dobrych kilku, a może nawet więcej niż kilku miesiącach przerwy znowu sięgnęłam po nożyce fryzjerskie. I po raz kolejny doświadczyłam, że sprawia mi przyjemność zabawa nimi. Może z tą zabawą trochę przesadziłam;), ale jednak. Lubię. Odważna Ania, której podcinałam włosy wyszła ode mnie zadowolona;), a przy okazji dostałam jeszcze kolejne zgłoszenia. Och, już się doczekać nie mogę;).

Książka do szwedzkiego chyba właśnie do mnie przemówiła;). Pora zrobić coś konstruktywnego.

sobota, 4 października 2008

Id al-Fitr i Oktoberfest w Falun

Znowu Mariola się zaniedbała w pisaniu. Mariola przeprasza. Siebie samą też. Małym wytłumaczeniem niech będzie, że dużo się po prostu działo w ostatnim czasie. Na przykład Mariola duuuuużo spała. O tak - warszawskie łóżko pewnie byłoby zdziwione, gdybym tak długo w jednym podejściu na nim sie wylegiwała i samo zaczęłoby mnie sprężynami wykopywać;). Na szczęście falunowe nie zna wcześniejszego mariolkowego trybu życia i nie robi problemów w tym względzie, a wręcz przeciwnie;).

W samym Britsen działo się mnóstwo ciekawych rzeczy. Tydzień temu akademik przeżywał oblężenie różnych dziwnych postaci rodem z lat 80. bo motywem przewodnim imprezy były właśnie te lata. Niektórzy naprawdę nieźle się wczuli;).

We wtorek z kolei pierwszy raz w życiu miałam okazję wziąć udział w Id al-Fitr (święto na zakończenie Ramadanu). A więc kolacja z tradycyjnymi pakistańskimi potrawami - pyyyyszne, baaaaardzo dobrze przyprawione mięsko i dużo różnych dodatków w postaci warzyw i specjalnie przygotowywanych naleśnikopodobnych placków;). No i ciekawostki w postaci słodkiego zielonego ryżu i niesamowicie żółtego deseru, który smakował wręcz nieziemsko. Mniam, mniam. Natomiast na kolacji sie nie skończyło. Potem brzmiąca egzotycznie muzyka i tańce. Co było o tyle specyficzne, że pewnie było tam ok. 40 Pakistańczyków płci męskiej jedynie i w pewnym momencie tylko 5 kobiet - Polek. W sumie można było doświadczyć tego, jak czuje się zwierzyna otoczona przez myśliwych.... Ale bogatsze jesteśmy w nowe doświadczenia:) I w sumie nie było tak strasznie;).

Na nasza prośbę Pakistańczycy (niech będzie, że trzech;)) przygotowali nam następnego dnia tego pysznego pikantnego kurczaka, a wczoraj w ramach rewańzu zamieniłyśmy z Asią moją kuchnię w fabrykę ruskich pierogów;). Wyszły pyszne, chociaż miałyśmy małe problemy ze skompletowaniem składników, bo jak się okazuje w Szwecji nie znają czegoś takiego jak pospolity twaróg. Tak więc ukochanego sernika nie ma z czego niestety zrobić. Z farszem do pierogów udało sie o tyle, że po dokładnym obejrzeniu wszystkich w miarę miękkich serów w lodówce znlazłam coś, co w konsystencji przypominało twaróg, a było jakimś serem sałatkowym odrobinę podobnym do fety, ale mniej słonym.

Wieczorem natomiast w Karen (Student Union House) świętowaliśmy Oktoberfest. Z bawarskimi barmanami i szerokimi uśmiechami.

Kończę, bo skończyły mi się chipsy i nie mam skąd natchnienia więcej czerpać;).

A gdyby ktoś szukał czegoś na umilenie szarych jesiennych dni, polecam Milly Quezada i utwór "Caro";).