środa, 20 maja 2009

O systemach, o-presji i innych przyjemnościach..;)

Hmm....
Znów minęło sporo czasu od ostatniego postu... Tego dedykuję Czytelnikom, którzy mnie motywowali i zmotywowali ostatecznie dzisiaj do napisania czegoś;). Zatem kakao w kubek, Michałek z Polski do ust i zaczynamy...;)

W zasadzie powinna Mariola teraz pracować nad ukończeniem - wróć, co ja mówię - nad rozpoczęciem procesu pisania pracy magisterskiej. Idzie średnio, koncepcję niby Mariola ma, feministyczny pazur chce wysunąć (co było do przewidzenia jednak;)) i "ugryźć" teorię obywatelstwa socjalnego w perspektywie genderowej, bo Marshall o niej, zdaje się, że "zapomniał";). I naprawdę, to wcale nie jest takie nudne, jakim się wydaje być, a wręcz przeciwnie - ciekawe jak diabli, zwłaszcza gdy dorzuci się do tego szczyptę teorii opresji I. M. Young i można się przy okazji "napuszyć" i nakręcić antymaskulinistycznie nieco;D. Zatem to chyba nie kwestia tematu, ale czegoś innego...

Zachodzi Mariola w głowę od jakiegoś już czasu, co może mieć aż tak destrukcyjny wpływ na organizację (ok, umówmy się - brak jakiejkolwiek organizacji) pracy? W kręgu głównych podejrzanych znajduje się szwedzki system szkolnictwa wyższego i reguły, jakie obowiązują na uczelni. Sam jesteś sobie sterem - ok, brzmi fajnie i ciekawie, ale jak człowiek przywykł już porządnie do systemu egzaminowo-sesyjnego i przesiąkł atmosferą polskiej uczelni, gdzie jednak wskazane jest trzymanie się narzuconych schematów organizacyjnych i gdzie student bardziej jest jednak "prowadzony za rączkę". Tutaj chcą nas samodzielnych - i świetnie. Mariola jest za, ale jakoś ciężko czasem wykorzenić różne nawyki polskiego pochodzenia...

Kolejna rzecz jest taka, że jednak częste, a na pewno częstsze niż się Mariola spodziewała, odwiedziny w Polsce trochę tę nieuporządkowaną organizację jeszcze bardziej "rozpracowują". Jakby to jakiś wróg miał być co najmniej;). Nie żeby Mariola narzekała - co to, to nie!:) Szczęśliwa jest jak nigdy:) - to jedynie obiektywne w miarę spostrzeżenie, że jakiś wpływ na dezorganizację może to mieć;). Zresztą, nie jest to chyba aż tak istotne... Deadline się zbliża, to i organizacja się poprawi;), a po powrocie do stolicy będzie chodzić jak dawniej:).

W sumie to mogłabym już powoli odliczać dni do wylotu ostatecznego, bo bilet już zakupiony i nie ma odwrotu:). I znów będzie problem z zapakowaniem dobytku w 40 kg bagażu... Tyle wywiozłam już, tyle osób obdarowałam częścią swojego dobytku, a tu jeszcze może być problem.. Eh...ale wkońcu co państwo dobrobytu, to państwo dobrobytu:D. Welfare state is welfare state;).

Płynnie udało mi się przejść do zasygnalizowania jednego z najwspanialszych tygodni pobytu w Szwecji, gdy na wizytację do kraju Trzech Koron udało się czteroosobowe przedstawicielstwo IPSu (reprezentacja Ekipy niepełna, ale większościowa;)). Co się działo, niech pozostanie między uczestnikami i tymi, którzy zostali bądź też zostaną dopuszczeni do tej wiedzy na prawie przywileju;). Grunt, że dzięki duuuużej dozie humoru, momentami przeistaczającego się w opary absurdu, udało się Ekipie przetrwać blisko tydzień, podróżując non-stop tym samym autem, śpiąc w jednym domku (czasem na jednym łóżku;)) i spożywając razem posiłki (upływające pod znakiem pasztetu i kabanosa;)) bez znaczących "zgrzytów". Ponad 2000 km przebytych wspólnie, okraszonych początkowo lekkim szokiem, że wynajęte auto może "tyle" palić;) wiodło przez Sztokholm, wschodnie wybrzeże Szwecji, Olandię (dla mnie jeden z najlepszych punktów;)), Wielkie Szwedzkie Jeziora, Falun aż po granicę norweską i najwyższy szwedzki wodospad Njupeskär. Pięknie było! Za co niniejszym, na łamach tego skromnego periodyku blogowego dziękuję sprawcom, współsprawcom i podżegaczom tej wyprawy:).

A na koniec, dla wytrwałych czytelników tego ciut przydługiego postu, nagroda w postaci kilku fotek z wyjazdu:). Miłego oglądania.





































Brak komentarzy: