sobota, 23 sierpnia 2008

Sobotnie reflek-sje

Oj, leniwie płyną te kolejne dni. Fajnie niby, bo dużo czasu mam na różne rzeczy, ale... no właśnie, przecież jak nie muszę wstać rano, to nie wstanę:). Dzisiaj śniadanko, podobnie zresztą jak i wczoraj zjadłam w południe:). Poczyniłam natomiast postępy, jeśli chodzi o przygotowanie do egzaminu i jestem z siebie dumna:). Tym razem przecież mam więcej czasu niż dwa dni na opanowanie konstytucji i różnych ustaw powiązanych:).

Co do Falun.
Wycieczka zorganizowana dla nas w piątek przez władze miasta była o tyle interesująca, że zobaczyliśmy, gdzie można potem wybrać sie samemu i w zasadzie o to chodziło, bo ile można zobaczyć w 3 h? Raz wysiedliśmy z aurokarów, aby lepiej przyjrzeć się ogromnej dziurze w ziemi, będącej pozostałością po kopalni miedzi, która w wiekach ubiegłych rozsławiła miasto (kopalnia - nie dziura:)). Wygląda imponująco. Jak jeszcze raz tam sie wybiorę, kiedy w końcu zdobędę rower, wrzucę jakieś zdjęcia, bo niestety nie naładowałam akumulatorków i aparat odmówił współpracy.
Objechaliśmy więc całe miasteczko. Byliśmy nad pięknym jeziorem Runn. Widzieliśmy największy w mieście kompleks handlowy, wielkością pewnie równy Wileniakowi warszawskiemu, a moze i nie:). No i pocztę też widzieliśmy. Istnieje:).
Organizatorzy zapewnili nam też pewne atrakcje. Kiedy dotarliśmy do ostatniego punktu wycieczki - kompleksu sportowego Lugnet, przy którym jest też kampus Hogskolan Dalarna, gdzie będziemy się uczyć, i gdzie znajduje się skocznia narciarska (rekord należy do Mattiego Hautamakiego-130,5m.), zaprosili nas na trybuny. Po chwili ze średniej skoczni wyskoczył jeden skoczek, a potem następny:).
Chwilę potem wdrapywaliśmy się po schodach na samą górę, a potem windą w jakiejs blaszanej rurze na szczyt dużej skoczni. Widoki fantastyczne:). Podziw dla skoczków przeogromny.
Przy okazji nasz przewodnik dorzucił kilka ciekawostek - że np. powietrze w okolicach Falun jest tak naprawdę jednym z najbardziej zanieczyszczonych w Szwecji (a wcześniej byłyśmy pod wrażeniem, że jest tak czyste:)) albo że mają w Falun jakąś regionalną kiełbasę, którą czym prędzej musimy znaleźć.

Dzisiaj z kolei zmobilizowałam sie na tyle, aby wyjść na drugi już tutaj trening.


Tym razem obiegłam sympatyczne, ale niezbyt duże jeziorko (jedno z wielu w okolicy) i wybrałam się do centrum miasta. Po drodze małe zaskoczenie - na ścieżce rowerowo-pieszej minęły mnie 3 motocykle i lekko zanieczyściły powietrze, a chwilę później musiałam omijać kaczkę, która stanęła na środku ścieżki wpatrując się w kałużę i nic nie robiła sobie z tego, że biegnę prosto na nią.

Ogólnie warunki do biegania są sprzyjające. Mam nadzieję tylko, że w przyszłym tygodniu uda mi się pójść pobiegać do lasu - na razie tylko spacerowałam leśnymi ścieżkami na kampus. Bomba:). No i grzybów mnóstwo po drodze - już niektórzy Polacy:) zabrali się za grzybobranie (dużo maślaczków) i czuję, że niedługo Asia też mnie wyciągnie, bo perspektywa zupy grzybowej wydaje się na tyle atrakcyjna, że mogę nawet przeboleć zbieranie tych śliskich grzybków.

Warto odnotować, że poza dwiema wizytami w macu od początku pobytu w Szwecji odżywiamy sie całkiem nieźle:). Spaghetti (koronne danie w akademiku - nie ma dnia aby ktoś go nie przyrządzał) jadłyśmy tylko dwa razy:), a dziś po prostu zaszalałyśmy - upiekłam łososia, zrobiłyśmy pyszny ryż i gotowane brokułki z dodatkami do tego. Mniam, pycha i w ogóle WOW:). A najważniejsze, że nie zrujnowało to naszej kieszeni. Zresztą przyznać muszę, że jestem mile zaskoczona cenami - jak sie pojdzie do odpowiedniego marketu to naprawdę nie ma aż takich dużych przebić cenowych, w związku z czym jest szansa, że nie zbankrutuję tutaj:). Oczywiście nie odnosi się to do cen alkoholu. Piwo w knajpie kosztuje ok.50-60SEK i zawiera oczywiście mniej alkoholu niż polskie browarki. No ale przecież bez piwa też można żyć. Gorzej z winem. Jeszcze nie sprawdziłam dokładnie cen, bo nie trafiłyśmy do jedynego miejsca w mieście, gdzie można kupić wysokoprocentowy alkohol. Nie spodziewam się natomiast, że będę mogła sobie pozwalać na kieliszek winka do obiadku, jak lubie bardzo. Cóż, nadrobię podczas wizyt w Polsce:).

1 komentarz:

Tomek K. pisze...

Zaraz zaraz, jak to jeden sklep z wysokoprocentowymi alkoholami na całe 35-cio tysięczne miasto!? Nie do pomyślenia. Nie to co na Ukrainie... kiosk z alkoholem, fajkami i czipsami co 100 m. Szwedzi muszą jeszcze wiele nadrobić w rozwoju cywilizacyjnym;)

P.S. Dzisiaj dopiero odkryłem tego bloga:) bo nie używam gadu. Nadrabiam krótko mówiąc:)