No i jesteśmy:). Po prawie 24 h od wyruszenia z mojego przytulnego pokoiku na Targówku otworzyłam drzwi do pokoju, który będzie moim "pokoikiem" przez kilka bliższych i dalszych miesięcy. Powitał mnie zapach kadzidełek:) i szwedzki minimalistyczny wystrój wnętrza. Standard całkiem przyjemny - łóżko wygodne;), fotel też, krzesełka jedynie nieco twarde mają siedziska, co jak przypuszczam ma chronić studentów przed nadmiernym siedzeniem nad książkami:D.
Podróż oczywiście nie obyła się bez przygód:). Opóźnienia naszego samolotu nikt nie raczył ogłosić, no ale nie ma co zbyt wiele wymagać. Dzięki temu nie udało nam się złapać wcześniejszego pociągu z tańszymi biletami i musiałyśmy czekać 2 h na następny pociąg, co przy oszczędności 400 SEK wydało się niezwykle krótko:). Przez ten czas zdążyłyśmy się z lotniskiem Stockholm Arlanda, które ze Sztokholmem akurat zbyt wiele wspólnego poza expressowymi pociągami nie ma, dość dobrze za
Ostatecznie podróżowałyśmy we trzy, bo w samolocie odnalazła nam się jeszcze Monika, którą kojarzyłyśmy z grona szwedzkich erasmusów. Było więc raźniej:). Po zakupie biletów na pociąg miałyśmy pierwszą okazję, aby sprawdzić szwedzką organizację, no i po raz pierwszy Szwedzi się nie popisali, kiedy sprawdzając bilety i wuszczając przez bramkę na stację, nie sprawdzili, o której dokładnie mamy na bilecie odjazd pociągu (na stację podziemną wpuszczają ok 10 min przed odjazdem). I kiedy już z Asią wyczekiwałyśmy za bramkami na Monikę, okazało się, że jej wpuścić nie chcą:). Dzięki czemu nie spędziłyśmy ponad 2 h pod ziemią. Potem było już lepiej:).
Podkarmione w Macu miałyśmy na tyle siły aby nie stać w gigantycznej kolejce do windy, tylko zjechać na peron mknącymi z zawrotną prędkością ruchomymi schodami, co okazało się nie do końca rozsądne, bo mając do opanowania kilka walizek można przy odrobinie szczęścia wyrządzić sobie trochę krzywdy. Już na dole z pomocą sympatycznej pani, która akurat, tak jak Monika, jechała do Borlange, udało nam się zapakować do właściwego pociągu, któremu, pomimo niewątpliwie znacznie wyższego komfortu niż w PKP (no dobrze, nie będ
Rano już nie było tak fajnie:). Przywitały nas swoim widokiem nasze bagaże i na myśl o tym, że znów trzeba sie za nie zabrać, troche nam miny zrzedły. Autobus zawiózł nas kilka przystanków do biura, gdzie miałyśmy odebrać klucze do pokojów, kasując przy tym po 20 SEK od każdej z nas. W związku z tym poistanowiłyśmy zbojkotować transport publiczny i polegać na siłach własnych mięśni przez cały okres pobytu tutaj. Niemniej odżałowałyśmy jeszcze tych kilkadziasiąt koron na kolejny bilet i po kilkuminutowym spacerze z walizami przez centrum miasteczka wpakowałyśmy się w autobus prosto pod nasz tymczasowy dom - Hall Britsen. Musiałyśmy wyglądać jak ostatnie sierotki kiedy wysiadłyśmy z autobusu, bo zaraz podszedł do nas jakiś Szwed z pyatniem czy wszystko ok i czy przypadkiem nie zgubiłyśmy się:). Pokazał, gdzie mamy iść, powiedział ile metrów mamy do przejścia:). Full service jednym słowem. I w taki oto sposób dotarłyśmy do Hall Britsen. I nieco wymęczone, po późnym śniadaniu, postanowiłyśmy iść spać:).

1 komentarz:
Widzę, że Szwedzi nie tylko przystojni, ale i uczynni:) hoho! Czekam na ciąg dalszy:)
Prześlij komentarz