Deszczowa pogoda za oknem i przeżycia dzisiejszego dnia doprowadziły do tego, że właśnie skończyłam się objadać całym opakowaniem ciastek. Cholera. Tym bardziej, że jest tak paskudnie, że szanse na spalenie tych pustych kalorii podczas biegania sięgają w tym momencie zera.
Żeby nie było, że narzekam i marudzę bez powodu - tytuł tego posta został zaczerpnięty z życia. Naszego, tutejszego erasmusowego - polskiego;). Nie wiem jaki diabeł mnie podkusił, aby wsiąść po ostatnich zajęciach do windy i zjechać z 3. piętra na dół. Mnie i jeszcze 11 osób, w tym jedną Czeszkę i resztę Polaków. Mniejsza o większość - dozwolonego limitu osób nie przekroczyliśmy, drzwi windy zamknęły się za nami normalnie, ale.. no właśnie. Winda ani nie zjechała na dół, ani nie można było otworzyć drzwi. Ok, kiedyś już nawet utknęłam w węgierskiej windzie na półpiętrze, ale żeby tutaj w Szwecji takie rzeczy..??:) No niech nawet i zdarzy się taki wypadek przy pracy szwedzkiej windzie, ale żeby w środku nie było żadnego (tak dokładnie - żadnego!) wlotu powietrza. Żadnej kratki ani wentylatora. Nic. Co akurat przy panującym w środku dość dużym zagęszczeniu było istotne. Tym bardziej, że ostatecznie spędziliśmy w środku niemal godzinę i naprawdę z każdą chwilą było nam coraz mniej do śmiechu, a za to coraz bardziej gorąco i duszno. Okazało się, że wprowadziliśmy obsłudze technicznej trochę zamieszania w ich dotychczas poprawnie uporządkowane życie, bo nie potrafili zająć się skutecznie otworzeniem drzwi i musieliśmy czekać na specjalistę z sąsiedniego miasta (!). Kiedy w końcu drzwi otworzyły się, już niemal z zawrotami głowy wybiegliśmy na świeże powietrze. Nigdy więcej wind!
A w drodze do domu nie mogłyśmy się powstrzymać i wróciłyśmy z całą torebką grzybów. Na obiadek uraczyłyśmy się tym razem pyszną carbonarą z grzybkami i szyneczką. Mniam;)
wtorek, 26 sierpnia 2008
poniedziałek, 25 sierpnia 2008
Welcome to Dalarna University

Ten dzień zapamiętam na długo. Dziś po raz pierwszy usłyszałam w Falun klakson samochodu. I to bynajmniej nie raz, ale trzy. Coś, co w Polsce wcale przecież nie zdziwiłoby mnie, tutaj wprawia w zdumienie;).
Działo się zresztą dużo więcej dzisiaj. Zostaliśmy powitani oficjalnie w Hogskolan Dalarna (pora chyba zaprezentować kampus - na fotkach) i jednocześnie potwornie zamęczeni przydługawymi wypowiedziami różnych chairmenów, rzeczników i im podobnych. Zasypani dosłownie morzem informacji, w którym w końcu odpłynęłam:). A że organizatorzy zapewnili sprzyjający klimat w postaci przyciemnionego światła, żeglowało mi się w delikatnych objęciach Morfeusza wprost wyśmienicie:). Na koniec (wreszcie;)) zostaliśmy obdarowani pakietem różnych gadżetów i folderów, w którym znalazły się m.in. startery do komórek:). Całkiem sympatycznie.

Wcześniej jeszcze na terenie kampusu zgromadziły się przedstawicielstwa różnych organizacji miejscowych i instytucji, co zaowocowało tym, że możemy teraz wybrać się przynajmniej kilka razy na aerobik lub siłownie do fajnych fitness clubów i nawet na koncert w miejscowej filharmonii nie płacąc za to:). Skorzystamy na pewno:).
Co do aktywności fizycznej - wczoraj udało mi się pobiegać w końcu po lesie, czego nie planowałam i wyszło zupełnie przy okazji. W sumie drogą przez las przebiegłam ok.3 km, w tym przynajmniej 500 m na przełaj jakimiś zagubionymi ścieżkami nad jeziorem (kolejnym, tym razem większym, które obiegałam w niedzielę), prowadzącymi między skałkami, których w tutejszych lasach jest pełno. Nawet bagienko zaliczyłam. W związku z tym w końcu zabrudziłam buty;). Wciąż jednak większość biegam wyznaczonymi ścieżkami, co należy jak najszybciej zmienić:). Nie mogę jednak narzekać, bo krajobrazy są naprawdę piękne i na razie jeszcze sie nie znudziłam nimi:).
Znów miałam przyjemność spotkać na swojej drodze kaczki, i to nie dwie, ale całe stado kaczek, które siedziały na łące nad jeziorem i wygrzewały sie w słońcu
(tak, świeci słońce - nie wylądowałam na biegunie;) - dzisiaj zresztą była piękna słoneczna, jeszcze niemal letnia pogoda, co widać na zdjęciu). Coś z tymi kaczkami musi być nie tak, bo przebiegałam między nimi i nawet sie nie poruszyły. Za to ja miałam stracha, czy zaraz któraś na mnie nie wskoczy, ale to już pozostałość po tym, jak w dzieciństwie zaatakował mnie kogut u babci - nie wiem, czego spodziewać się po takim różnym ptactwie.Wczoraj też okazało sie, że u Asi na piętrze mieszka Szwed:). Jest to wbrew pozorom dość istotne spostrzeżenie, bo do tej pory towarzystwo było i owszem, międzynarodowe, ale bez reprezentacji szwedzkiej. Tak więc Szwed o imieniu Alex zabłysnął tym, że potrafi sprzątać (było wielkie sprzątanie kuchni u Asi, mnie to czeka w ten weekend). Mało tego, wcale nie jest nieśmiały, a wręcz przeciwnie;). Zobowiązał się pomagać nam w nauce szwedzkiego, a na koniec okazało się, że ma 19 lat:). Cholera, poczułam się staro;). Btw, dzisiaj podczas meetingu całego mojego piętra (dla ścisłości - 14 osób) ujawnił się z kolei Szwed zamieszkujący mój korytarz - Daniel. O tyle interesujący, że w tutejszej organizacji studenckiej zajmuje się sportem, co postaram się zgłębić w najbliższym czasie:).
Dzisiaj mieliśmy też spotkanie wprowadzające do naszego pierwszego kursu, pod jakże porywającą nazwą " Introduction to theories in political sociology". Nie było źle. Co ciekawe, Polacy są dominującą narodowością wśród uczestników kursu. Spotkanie miało zakończyć się integrującą grą w unihokeja między wykładowcami a studentami, którą musiałam sobie odpuścić ze względu na meeting w kuchni. Ale są rzeczy ważne i ważniejsze, a czysta kuchnia to podstawa:).
Od jutra zaczynamy normalne zajęcia i do lektury prawa konstytucyjnego będę musiała dorzucić stertę innych rzeczy. Ale przecież sama tego chciałam. (no może niekoniecznie o poprawkę tu chodzi;).
sobota, 23 sierpnia 2008
Sobotnie reflek-sje
Oj, leniwie płyną te kolejne dni. Fajnie niby, bo dużo czasu mam na różne rzeczy, ale... no właśnie, przecież jak nie muszę wstać rano, to nie wstanę:). Dzisiaj śniadanko, podobnie zresztą jak i wczoraj zjadłam w południe:). Poczyniłam natomiast postępy, jeśli chodzi o przygotowanie do egzaminu i jestem z siebie dumna:). Tym razem przecież mam więcej czasu niż dwa dni na opanowanie konstytucji i różnych ustaw powiązanych:).
Co do Falun.
Wycieczka zorganizowana dla nas w piątek przez władze miasta była o tyle interesująca, że zobaczyliśmy, gdzie można potem wybrać sie samemu i w zasadzie o to chodziło, bo ile można zobaczyć w 3 h? Raz wysiedliśmy z aurokarów, aby lepiej przyjrzeć się ogromnej dziurze w ziemi, będącej pozostałością po kopalni miedzi, która w wiekach ubiegłych rozsławiła miasto (kopalnia - nie dziura:)). Wygląda imponująco. Jak jeszcze raz tam sie wybiorę, kiedy w końcu zdobędę rower, wrzucę jakieś zdjęcia, bo niestety nie naładowałam akumulatorków i aparat odmówił współpracy.
Objechaliśmy więc całe miasteczko. Byliśmy nad pięknym jeziorem Runn. Widzieliśmy największy w mieście kompleks handlowy, wielkością pewnie równy Wileniakowi warszawskiemu, a moze i nie:). No i pocztę też widzieliśmy. Istnieje:).
Organizatorzy zapewnili nam też pewne atrakcje. Kiedy dotarliśmy do ostatniego punktu wycieczki - kompleksu sportowego Lugnet, przy którym jest też kampus Hogskolan Dalarna, gdzie będziemy się uczyć, i gdzie znajduje się skocznia narciarska (rekord należy do Mattiego Hautamakiego-130,5m.), zaprosili nas na trybuny. Po chwili ze średniej skoczni wyskoczył jeden skoczek, a potem następny:).
Chwilę potem wdrapywaliśmy się po schodach na samą górę, a potem windą w jakiejs blaszanej rurze na szczyt dużej skoczni. Widoki fantastyczne:). Podziw dla skoczków przeogromny.
Przy okazji nasz przewodnik dorzucił kilka ciekawostek - że np. powietrze w okolicach Falun jest tak naprawdę jednym z najbardziej zanieczyszczonych w Szwecji (a wcześniej byłyśmy pod wrażeniem, że jest tak czyste:)) albo że mają w Falun jakąś regionalną kiełbasę, którą czym prędzej musimy znaleźć.
Dzisiaj z kolei zmobilizowałam sie na tyle, aby wyjść na
drugi już tutaj trening.

Tym razem obiegłam sympatyczne, ale niezbyt duże jeziorko (jedno z wielu w okolicy) i wybrałam się do centrum miasta. Po drodze małe zaskoczenie - na ścieżce rowerowo-pieszej minęły mnie 3 motocykle i lekko zanieczyściły powietrze, a chwilę później musiałam omijać kaczkę, która stanęła na środku ścieżki wpatrując się w kałużę i nic nie robiła sobie z tego, że biegnę prosto na nią.
Ogólnie warunki do biegania są sprzyjające. Mam nadzieję tylko, że w przyszłym tygodniu uda mi się pójść pobiegać do lasu - na razie tylko spacerowałam leśnymi ścieżkami na kampus. Bomba:). No i grzybów mnóstwo po drodze - już niektórzy Polacy:) zabrali się za grzybobranie (dużo maślaczków) i czuję, że niedługo Asia też mnie wyciągnie, bo perspektywa zupy grzybowej wydaje się na tyle atrakcyjna, że mogę nawet przeboleć zbieranie tych śliskich grzybków.
Warto odnotować, że poza dwiema wizytami w macu od początku pobytu w Szwecji odżywiamy sie całkiem nieźle:). Spaghetti (koronne danie w akademiku - nie ma dnia aby ktoś go nie przyrządzał) jadłyśmy tylko dwa razy:), a dziś po prostu zaszalałyśmy - upiekłam łososia, zrobiłyśmy pyszny ryż i gotowane brokułki z dodatkami do tego. Mniam, pycha i w ogóle WOW:). A najważniejsze, że nie zrujnowało to naszej kieszeni. Zresztą przyznać muszę, że jestem mile zaskoczona cenami - jak sie pojdzie do odpowiedniego marketu to naprawdę nie ma aż takich dużych przebić cenowych, w związku z czym jest szansa, że nie zbankrutuję tutaj:). Oczywiście nie odnosi się to do cen alkoholu. Piwo w knajpie kosztuje ok.50-60SEK i zawiera oczywiście mniej alkoholu niż polskie browarki. No ale przecież bez piwa też można żyć. Gorzej z winem. Jeszcze nie sprawdziłam dokładnie cen, bo nie trafiłyśmy do jedynego miejsca w mieście, gdzie można kupić wysokoprocentowy alkohol. Nie spodziewam się natomiast, że będę mogła sobie pozwalać na kieliszek winka do obiadku, jak lubie bardzo. Cóż, nadrobię podczas wizyt w Polsce:).
Co do Falun.
Wycieczka zorganizowana dla nas w piątek przez władze miasta była o tyle interesująca, że zobaczyliśmy, gdzie można potem wybrać sie samemu i w zasadzie o to chodziło, bo ile można zobaczyć w 3 h? Raz wysiedliśmy z aurokarów, aby lepiej przyjrzeć się ogromnej dziurze w ziemi, będącej pozostałością po kopalni miedzi, która w wiekach ubiegłych rozsławiła miasto (kopalnia - nie dziura:)). Wygląda imponująco. Jak jeszcze raz tam sie wybiorę, kiedy w końcu zdobędę rower, wrzucę jakieś zdjęcia, bo niestety nie naładowałam akumulatorków i aparat odmówił współpracy.
Objechaliśmy więc całe miasteczko. Byliśmy nad pięknym jeziorem Runn. Widzieliśmy największy w mieście kompleks handlowy, wielkością pewnie równy Wileniakowi warszawskiemu, a moze i nie:). No i pocztę też widzieliśmy. Istnieje:).
Organizatorzy zapewnili nam też pewne atrakcje. Kiedy dotarliśmy do ostatniego punktu wycieczki - kompleksu sportowego Lugnet, przy którym jest też kampus Hogskolan Dalarna, gdzie będziemy się uczyć, i gdzie znajduje się skocznia narciarska (rekord należy do Mattiego Hautamakiego-130,5m.), zaprosili nas na trybuny. Po chwili ze średniej skoczni wyskoczył jeden skoczek, a potem następny:).
Chwilę potem wdrapywaliśmy się po schodach na samą górę, a potem windą w jakiejs blaszanej rurze na szczyt dużej skoczni. Widoki fantastyczne:). Podziw dla skoczków przeogromny.
Przy okazji nasz przewodnik dorzucił kilka ciekawostek - że np. powietrze w okolicach Falun jest tak naprawdę jednym z najbardziej zanieczyszczonych w Szwecji (a wcześniej byłyśmy pod wrażeniem, że jest tak czyste:)) albo że mają w Falun jakąś regionalną kiełbasę, którą czym prędzej musimy znaleźć.
Dzisiaj z kolei zmobilizowałam sie na tyle, aby wyjść na
drugi już tutaj trening.
Tym razem obiegłam sympatyczne, ale niezbyt duże jeziorko (jedno z wielu w okolicy) i wybrałam się do centrum miasta. Po drodze małe zaskoczenie - na ścieżce rowerowo-pieszej minęły mnie 3 motocykle i lekko zanieczyściły powietrze, a chwilę później musiałam omijać kaczkę, która stanęła na środku ścieżki wpatrując się w kałużę i nic nie robiła sobie z tego, że biegnę prosto na nią.
Ogólnie warunki do biegania są sprzyjające. Mam nadzieję tylko, że w przyszłym tygodniu uda mi się pójść pobiegać do lasu - na razie tylko spacerowałam leśnymi ścieżkami na kampus. Bomba:). No i grzybów mnóstwo po drodze - już niektórzy Polacy:) zabrali się za grzybobranie (dużo maślaczków) i czuję, że niedługo Asia też mnie wyciągnie, bo perspektywa zupy grzybowej wydaje się na tyle atrakcyjna, że mogę nawet przeboleć zbieranie tych śliskich grzybków.
Warto odnotować, że poza dwiema wizytami w macu od początku pobytu w Szwecji odżywiamy sie całkiem nieźle:). Spaghetti (koronne danie w akademiku - nie ma dnia aby ktoś go nie przyrządzał) jadłyśmy tylko dwa razy:), a dziś po prostu zaszalałyśmy - upiekłam łososia, zrobiłyśmy pyszny ryż i gotowane brokułki z dodatkami do tego. Mniam, pycha i w ogóle WOW:). A najważniejsze, że nie zrujnowało to naszej kieszeni. Zresztą przyznać muszę, że jestem mile zaskoczona cenami - jak sie pojdzie do odpowiedniego marketu to naprawdę nie ma aż takich dużych przebić cenowych, w związku z czym jest szansa, że nie zbankrutuję tutaj:). Oczywiście nie odnosi się to do cen alkoholu. Piwo w knajpie kosztuje ok.50-60SEK i zawiera oczywiście mniej alkoholu niż polskie browarki. No ale przecież bez piwa też można żyć. Gorzej z winem. Jeszcze nie sprawdziłam dokładnie cen, bo nie trafiłyśmy do jedynego miejsca w mieście, gdzie można kupić wysokoprocentowy alkohol. Nie spodziewam się natomiast, że będę mogła sobie pozwalać na kieliszek winka do obiadku, jak lubie bardzo. Cóż, nadrobię podczas wizyt w Polsce:).
piątek, 22 sierpnia 2008
Introduction days :)
Dzisiaj już zresztą trzeci dzień:) Dwa poprzednie to "robota papierkowa", czyli rejestracje, zapisy, decyzje o ostatecznym wyborze przedmiotów, oczekiwanie na specjalne karty umożliwiające w ogóle poruszanie się po kampusie i wchodzenie do sal wykładowych. Nie było najgorzej - przeżyliśmy:). Przeżyłyśmy też we dwie z Asią szok, gdy pani z biura akademikowego powiedziała, że nie mają w Falun czegoś takiego jak "post office" i możliwości wysłania listu należy szukać w "Havannamagasinet" - w skrócie - sklepik z gazetami;). Potem jednak nasze wspaniałe informatory pozwoliły nam odnaleźć adres poczty. Takiej prawdziwej, z której Szwedzi po restrukturyzacji (paczki można odbeirać m.in. w supermarketach) pewnie już nie bardzo korzystają.
Spotkaliś,my się też już z wykładowcami prowadzącymi nasze kursy - sympatyczni ludzie, zwłaszcza niezwykle milutki profesor od wstępu do społeczeństwa i kultury szwedzkiej. Co ciekawe, już na początku kursu zaprosił nas do swoejgo miasta - Uppsali (200 km od Falun) na lunch do swojego domu:). Na sali siedziało wtedy pewnie ok. 50 osób:).
W drodze do domu odkryłyśmy całkiem spore centrum handlowe, które skutecznie chowa się przed oczami niewtajemniczonych:) i zaliczyłyśmy sukces w postaci powstrzymania sie od wejscia na kanapke do Maca:).
Dzisaj z kolei czeka nas wycieczka po Falun. Zobaczymy:)
Spotkaliś,my się też już z wykładowcami prowadzącymi nasze kursy - sympatyczni ludzie, zwłaszcza niezwykle milutki profesor od wstępu do społeczeństwa i kultury szwedzkiej. Co ciekawe, już na początku kursu zaprosił nas do swoejgo miasta - Uppsali (200 km od Falun) na lunch do swojego domu:). Na sali siedziało wtedy pewnie ok. 50 osób:).
W drodze do domu odkryłyśmy całkiem spore centrum handlowe, które skutecznie chowa się przed oczami niewtajemniczonych:) i zaliczyłyśmy sukces w postaci powstrzymania sie od wejscia na kanapke do Maca:).
Dzisaj z kolei czeka nas wycieczka po Falun. Zobaczymy:)
wtorek, 19 sierpnia 2008
Final destination reached
No i jesteśmy:). Po prawie 24 h od wyruszenia z mojego przytulnego pokoiku na Targówku otworzyłam drzwi do pokoju, który będzie moim "pokoikiem" przez kilka bliższych i dalszych miesięcy. Powitał mnie zapach kadzidełek:) i szwedzki minimalistyczny wystrój wnętrza. Standard całkiem przyjemny - łóżko wygodne;), fotel też, krzesełka jedynie nieco twarde mają siedziska, co jak przypuszczam ma chronić studentów przed nadmiernym siedzeniem nad książkami:D.
Podróż oczywiście nie obyła się bez przygód:). Opóźnienia naszego samolotu nikt nie raczył ogłosić, no ale nie ma co zbyt wiele wymagać. Dzięki temu nie udało nam się złapać wcześniejszego pociągu z tańszymi biletami i musiałyśmy czekać 2 h na następny pociąg, co przy oszczędności 400 SEK wydało się niezwykle krótko:). Przez ten czas zdążyłyśmy się z lotniskiem Stockholm Arlanda, które ze Sztokholmem akurat zbyt wiele wspólnego poza expressowymi pociągami nie ma, dość dobrze za
Ostatecznie podróżowałyśmy we trzy, bo w samolocie odnalazła nam się jeszcze Monika, którą kojarzyłyśmy z grona szwedzkich erasmusów. Było więc raźniej:). Po zakupie biletów na pociąg miałyśmy pierwszą okazję, aby sprawdzić szwedzką organizację, no i po raz pierwszy Szwedzi się nie popisali, kiedy sprawdzając bilety i wuszczając przez bramkę na stację, nie sprawdzili, o której dokładnie mamy na bilecie odjazd pociągu (na stację podziemną wpuszczają ok 10 min przed odjazdem). I kiedy już z Asią wyczekiwałyśmy za bramkami na Monikę, okazało się, że jej wpuścić nie chcą:). Dzięki czemu nie spędziłyśmy ponad 2 h pod ziemią. Potem było już lepiej:).
Podkarmione w Macu miałyśmy na tyle siły aby nie stać w gigantycznej kolejce do windy, tylko zjechać na peron mknącymi z zawrotną prędkością ruchomymi schodami, co okazało się nie do końca rozsądne, bo mając do opanowania kilka walizek można przy odrobinie szczęścia wyrządzić sobie trochę krzywdy. Już na dole z pomocą sympatycznej pani, która akurat, tak jak Monika, jechała do Borlange, udało nam się zapakować do właściwego pociągu, któremu, pomimo niewątpliwie znacznie wyższego komfortu niż w PKP (no dobrze, nie będ
Rano już nie było tak fajnie:). Przywitały nas swoim widokiem nasze bagaże i na myśl o tym, że znów trzeba sie za nie zabrać, troche nam miny zrzedły. Autobus zawiózł nas kilka przystanków do biura, gdzie miałyśmy odebrać klucze do pokojów, kasując przy tym po 20 SEK od każdej z nas. W związku z tym poistanowiłyśmy zbojkotować transport publiczny i polegać na siłach własnych mięśni przez cały okres pobytu tutaj. Niemniej odżałowałyśmy jeszcze tych kilkadziasiąt koron na kolejny bilet i po kilkuminutowym spacerze z walizami przez centrum miasteczka wpakowałyśmy się w autobus prosto pod nasz tymczasowy dom - Hall Britsen. Musiałyśmy wyglądać jak ostatnie sierotki kiedy wysiadłyśmy z autobusu, bo zaraz podszedł do nas jakiś Szwed z pyatniem czy wszystko ok i czy przypadkiem nie zgubiłyśmy się:). Pokazał, gdzie mamy iść, powiedział ile metrów mamy do przejścia:). Full service jednym słowem. I w taki oto sposób dotarłyśmy do Hall Britsen. I nieco wymęczone, po późnym śniadaniu, postanowiłyśmy iść spać:).
niedziela, 17 sierpnia 2008
Już jutro!
ta-dam!
I nadchodzi wielkimi krokami dzień ostateczny:). No może bez takiego patosu, ale jednak. To już jutro zapakuję te moje przeogromne walizy do samolotu. I siebie też:) I będzie "Bye, bye Warszawo"... Będę tęsknić za tymi, których tu zostawiam - to więcej niż pewne. Za najwolniejszą windą świata na NS 67 i za paskudnym PKiN-em pewnie też:). No ale - w zamian za to mnóstwo zieleni i świeższe ciut skandynawskie powietrze. Oby sprzyjało moim planom treningowym:)
Zatem komu w drogę - temu kompas! (ja zabieram nawet dwa:))
I nadchodzi wielkimi krokami dzień ostateczny:). No może bez takiego patosu, ale jednak. To już jutro zapakuję te moje przeogromne walizy do samolotu. I siebie też:) I będzie "Bye, bye Warszawo"... Będę tęsknić za tymi, których tu zostawiam - to więcej niż pewne. Za najwolniejszą windą świata na NS 67 i za paskudnym PKiN-em pewnie też:). No ale - w zamian za to mnóstwo zieleni i świeższe ciut skandynawskie powietrze. Oby sprzyjało moim planom treningowym:)
Zatem komu w drogę - temu kompas! (ja zabieram nawet dwa:))
środa, 13 sierpnia 2008
Jeszcze tylko... 5 dni:)

Tak właśnie. Już za 5 dni będę wypatrywać swoich niemałych bagaży na taśmie na lotnisku w Sztokholmie. Potem tylko krótki trip szwedzkimi kolejami i będziemy razem z Asią-koleżanką z IPS-na miejscu przeznaczenia, które na dzień dzisiejszy dla nas zwie się Falun i leży w środkowej prowincji Szwecji - Dalarnie, której znakiem rozpoznawczym jest tradycyjny czerwony konik:). Mało tego - miasteczko to jest stolica tej prowincji, a więc przeprowadzka nie tak znowu drastyczna, bo ze stolicy od stolicy nas czeka:P.
Do tej pory kiedy ktoś pytał mnie gdzie dokładnie będę, to musiałam tłumaczyć, co to za miasto i gdzie leży. Tylko jeden, jedyny kolega (btw. komentator sportowy) gdy usłyszał "Falun", od razu skojarzył ze skocznią narciarską i wiedział o co chodzi:). Brawa dla niego!:)
Póki co niby wszystko wygląda na załatwione - akademik opłacony (przelew zagraniczny za 20 zł - zdzierstwo:)) , Europejska Karta Ubezpieczenia Zdrowotnego już dołączyła do plastików w portfelu, nocleg po przylocie zabukowany, nawet nowy paszport mam:) - z takim zdjęciem, że spokojnie przyjęliby mnie na jego podstawie do oddziału komandosów:P
Największym wyzwaniem wciąż wydaje mi się zapakowanie niezbędnych do przeżycia rzeczy w 40 kg bagażu. A przecież same kosmetyki z 5 kg zaważą:). Szczęście w nieszczęściu, że we wrześniu wracam zdać (tym razem na pewno:)) konsta, to i coś jeszcze zabiorę z powrotem. Zastanawiam się jeszcze jak przemycić jakieś kabanosy czy coś, bo przecież Puchacz bez tego długo nie pociągnie:).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
