jest Mariola...
Odkrywcze jak nie wiem co;). A tak serio, to trochę więcej sensu powinno dać wyjaśnienie, że właśnie Mariola jest w trakcie pisania pracy zaliczeniowej o szwedzkim i polskim systemie emerytalnym. To tak gwoli wyjaśnienia tylko.
Znowu w Mariolkowe życie nie wiadomo skąd wtargnęło niedobre szwedzkie przeziębienie i od piątkowego wieczoru nieustannie Mariolę wkurza. Bo żadne sposoby Mariolkowe sobie z nim nie radzą, a jak Marioli coś nie wychodzi tak jak chce to jest zła. Ot, a problem to tym większy, że na weekend zaplanowała sobie Mariola, że napisze o tych systemach i typologiach welfare state, ale zatkany nos i gardło spowodowały brak kontaktu Marioli z jej półkulami mózgowi i w rezultacie siedzi Mariola i kończy pisać pracę właśnie teraz:).
Ach, bo zapomniałabym.. Mimo kondycji niewątpliwie odbiegającej od normy (a może właśnie dzięki temu?) udało się Marioli wzbogacić szwedzkie doświadczenia kulinarne w postaci ugotowanego rosołu (nie z kostek Knorra;)) i ogórkowej z babcinych ogórków dostarczonych przez Niemkę polskiego pochodzenia. Ach, och i mniam:).
A pogoda to już nie sprzyja totalnie.. Może znajdzie się ktoś, kto odpowie na apel;) "Podaruj mi trochę słońca"?;)
wtorek, 18 listopada 2008
piątek, 14 listopada 2008
wy-czerpanie
A tak właśnie - wy-czerpujące były ostatnie dni. Z dzisiejszym wieczorem włącznie;). Przede wszystkim to "zasługa" tego, że od tygodnia niemal nieugięcie walczę z kolejnymi typologiami welfare state a przez jakiś czas odczuwałam nawet, że to one walczą ze mną;). Póki co wygrałam i nawet "podwójny Saxonberg" nie dał mi rady.
Z kolei aby sie uodpornić na kolejne mające nadejść starcia rozpoczęłyśmy dzis z Asią intensywne przygotowania w postaci treningu kick boxingu;). I nie śmiać się proszę, że pacyfistycznie nastawiona do świata Mariola jakoś się przekonała do walenia z całej siły pięściami;). Asia żyje, ja jeszcze też - zobaczymy czy jutro będziemy mogły się ruszyć;). Może z czasem nawet uda nam się dojść do momentu w którym będziemy zadawać ciosy robiąc jednocześnie pompki;), bo dziś to nawet pomki zrobić nie mogłam niestety. Tak więc czwartkowe wieczory od dzisiaj zostają dedykowane kick boxingowi. Nad planem na kolejne dni musimy jeszcze popracować:).
Z małych obserwacji falunowej infrastruktury - przy przejściach dla pieszych zainstalowane są puszki z przyciskami takimi jak w Polsce dla przyspieszenia zmiany świateł, ale... puszeczki są podświetlane światełkiem aby było wiadomo gdzie przyciskać;), a światełko włączane jest fotokomórką - na zwykłym przejściu dla pieszych w Falun:).
Z kolei aby sie uodpornić na kolejne mające nadejść starcia rozpoczęłyśmy dzis z Asią intensywne przygotowania w postaci treningu kick boxingu;). I nie śmiać się proszę, że pacyfistycznie nastawiona do świata Mariola jakoś się przekonała do walenia z całej siły pięściami;). Asia żyje, ja jeszcze też - zobaczymy czy jutro będziemy mogły się ruszyć;). Może z czasem nawet uda nam się dojść do momentu w którym będziemy zadawać ciosy robiąc jednocześnie pompki;), bo dziś to nawet pomki zrobić nie mogłam niestety. Tak więc czwartkowe wieczory od dzisiaj zostają dedykowane kick boxingowi. Nad planem na kolejne dni musimy jeszcze popracować:).
Z małych obserwacji falunowej infrastruktury - przy przejściach dla pieszych zainstalowane są puszki z przyciskami takimi jak w Polsce dla przyspieszenia zmiany świateł, ale... puszeczki są podświetlane światełkiem aby było wiadomo gdzie przyciskać;), a światełko włączane jest fotokomórką - na zwykłym przejściu dla pieszych w Falun:).
poniedziałek, 10 listopada 2008
Na raz, na dwa...
....świat za uszy dziś złap;).
Ależ dzisiaj natchnienie złapałam dzięki piosence Majki Jeżowskiej - przypomniała mi się jakimś dziwnym przypadkiem i przypomniałam sobie, jak mając kilka lat ledwie ćwiczyłam na niej swój głos. Jak wiadomo gwiazdą muzyki rozrywkowej nie zostałam, ale co się moi domownicy nasłuchali..;).
W ogóle dzisiaj Mariola w dobrym humorze jest - pewnie w dużej mierze to zasługa tego, że w koncu pokryła swoje odrosty na głowie nowym kolorem i błyszczy teraz na czerwono;) (ach, tak niewiele potrzeba kobiecie do szczęścia - no, może jeszcze jakaś nowa para butów;)).
Doszło w ogóle do niesamowitych rzeczy tutaj w Falun - sama z siebie zmuszam się aby wstawać wcześniej i korzystać trochę ze światła dziennego, bo jak w ciągu weekendu budziłam się w okolicach polskiej pory obiadowej, to łącznie przez weekend cieszyłam się tym światłem przez 4 godziny:/.
Nietypowo też spędziłam Dzień Wszystkich Świętych - bo na imprezie na statku między Szwecją a Wyspami Alandzkimi. Co się tam działo, to nawet się największym filozofom nie śniło. Totalny zanik jakichkolwiek hamulców u Szwedów kiedy są poza krajem i kiedy się napiją tak, że ledwo włóczą nogami. Aż momentami żałosne. Sama nie potrafiłam się bawić na parkiecie pokrytym warstwą potłuczonego szkła, ale warto było zobaczyć to wszystko na własne oczy w celach poznawczych;). Tak sobie neutralizuję dysonans po wydaniu kilkuset koron;). A może po prostu nie poczułam bluesa bo nie wlałam w siebie wystarczającej ilości procentów;)?
I żeby nie było, że Mariola tylko imprezuje;) - młoda koordynatorka nowego kursu to taki mały czeski tyranek i dba o to, aby nie nudziło się nam w mniej i bardziej wolnych chwilach. Co oczywiście nie przeszkadza w kończeniu pisania tekstu na seminarium tuż po powrocie z imprezy;). No ale kto wyznacza deadline na 11 rano w niedzielę? Brak jakichkolwiek szans na obudzenie się:).
Ależ dzisiaj natchnienie złapałam dzięki piosence Majki Jeżowskiej - przypomniała mi się jakimś dziwnym przypadkiem i przypomniałam sobie, jak mając kilka lat ledwie ćwiczyłam na niej swój głos. Jak wiadomo gwiazdą muzyki rozrywkowej nie zostałam, ale co się moi domownicy nasłuchali..;).
W ogóle dzisiaj Mariola w dobrym humorze jest - pewnie w dużej mierze to zasługa tego, że w koncu pokryła swoje odrosty na głowie nowym kolorem i błyszczy teraz na czerwono;) (ach, tak niewiele potrzeba kobiecie do szczęścia - no, może jeszcze jakaś nowa para butów;)).
Doszło w ogóle do niesamowitych rzeczy tutaj w Falun - sama z siebie zmuszam się aby wstawać wcześniej i korzystać trochę ze światła dziennego, bo jak w ciągu weekendu budziłam się w okolicach polskiej pory obiadowej, to łącznie przez weekend cieszyłam się tym światłem przez 4 godziny:/.
Nietypowo też spędziłam Dzień Wszystkich Świętych - bo na imprezie na statku między Szwecją a Wyspami Alandzkimi. Co się tam działo, to nawet się największym filozofom nie śniło. Totalny zanik jakichkolwiek hamulców u Szwedów kiedy są poza krajem i kiedy się napiją tak, że ledwo włóczą nogami. Aż momentami żałosne. Sama nie potrafiłam się bawić na parkiecie pokrytym warstwą potłuczonego szkła, ale warto było zobaczyć to wszystko na własne oczy w celach poznawczych;). Tak sobie neutralizuję dysonans po wydaniu kilkuset koron;). A może po prostu nie poczułam bluesa bo nie wlałam w siebie wystarczającej ilości procentów;)?
I żeby nie było, że Mariola tylko imprezuje;) - młoda koordynatorka nowego kursu to taki mały czeski tyranek i dba o to, aby nie nudziło się nam w mniej i bardziej wolnych chwilach. Co oczywiście nie przeszkadza w kończeniu pisania tekstu na seminarium tuż po powrocie z imprezy;). No ale kto wyznacza deadline na 11 rano w niedzielę? Brak jakichkolwiek szans na obudzenie się:).
środa, 29 października 2008
Pierwszy psi bobek i pierwszy śnieg;)
To żeby nie było tak tajemniczo, mówię od razu o co chodzi;). Śnieg spadł, i owszem, ale w Borlange, 20km od Falun. U mnie pada dzisiaj niestety deszcz, ale liczę na to, że niedługo będę mogła się nacieszyć już śniegiem - przynajmniej powinno się wtedy zrobić widniej;).
Co do psich kup... Szwedzi nie są takimi fanami psów, jak Polacy, co wynika z wielu czynników,a le nie będę tutaj wykładu robić. W każdym razie niewielu jest właścicieli czworonogów przechadzajacych się po mieście czy terenach zielonych, a jeśli już taki Szwedz wybierze się na spacer, to koniecznie po psie swoim sprząta! (Ach, tak mi się Warszawa przypomniała... - zastanawia mnie co gorsze - potop szwedzki czy potop psich odchodów, który obejmuje we władanie stolicę w okresie roztopów..;)?). Wracając do Falun, chyba dwa dni temu szłam sobie z Asia jedną z głównych uliczek w centrum miasteczka i zobaczyłam na bruku coś, z czego zdałam sobie sprawę dopeiro dobrą chwilę później, bo cieżko było mi w to uwierzyć... Na kocich łbach Asgatan leżała psia kupa! Niesamowite, jakiego szoku może człowiek w takiej chwili doznać..;) Moje przypuszczenie jest takie, że właściciel tego stworzenia, które zostawiło bobka na ulicy nie mógł byc Szwedem.
To może jeszcze o Szwedach trochę, bo to wdzięczny temat;). Ich szacunek do prawa i wszelkich regulaminów, regulacji itp. jest niezwykły.
Dobrą ilustracją tego będzie mała historyjka z życia wzięta. Otóż pewnego piątku wybrał się pewien szedzki student z grupą znajomych do Karen - miejsca, gdzie w piątki imprezują studenci. Jako, że Karen należy do tutejszego zrzeszenia studentów, aby wejść do środka należy okazać kartę poświadczającą wpłatę opłaty członkowskiej i dokument potwierdzający tożsamość i wiek. Kolejna cecha imprez w Karen jest taka, że w roli DJów pojawiają się studenci należacy do Falunowego zrzeszenia. Tak się złożyło, że ów rzeczony Szwed grywał kilkakrotnie już na piątkowych imprezach. Feralnego wieczoru zapomniał jednak karty studenckiej i nie było przebacz. A przecież ochroniarze i zwłaszcza ekipa obsługująca cały przybytek (też studenci-wolontariusze) znali go wcześniej. N
ie jest mi trudno wyobrazić sobie, ze w tej sytuacji w polskim klubie jednak taka osoba wchodzi. A tutaj to nie przejdzie. Regulamin jest regulaminem.
Co do psich kup... Szwedzi nie są takimi fanami psów, jak Polacy, co wynika z wielu czynników,a le nie będę tutaj wykładu robić. W każdym razie niewielu jest właścicieli czworonogów przechadzajacych się po mieście czy terenach zielonych, a jeśli już taki Szwedz wybierze się na spacer, to koniecznie po psie swoim sprząta! (Ach, tak mi się Warszawa przypomniała... - zastanawia mnie co gorsze - potop szwedzki czy potop psich odchodów, który obejmuje we władanie stolicę w okresie roztopów..;)?). Wracając do Falun, chyba dwa dni temu szłam sobie z Asia jedną z głównych uliczek w centrum miasteczka i zobaczyłam na bruku coś, z czego zdałam sobie sprawę dopeiro dobrą chwilę później, bo cieżko było mi w to uwierzyć... Na kocich łbach Asgatan leżała psia kupa! Niesamowite, jakiego szoku może człowiek w takiej chwili doznać..;) Moje przypuszczenie jest takie, że właściciel tego stworzenia, które zostawiło bobka na ulicy nie mógł byc Szwedem.
To może jeszcze o Szwedach trochę, bo to wdzięczny temat;). Ich szacunek do prawa i wszelkich regulaminów, regulacji itp. jest niezwykły.
Dobrą ilustracją tego będzie mała historyjka z życia wzięta. Otóż pewnego piątku wybrał się pewien szedzki student z grupą znajomych do Karen - miejsca, gdzie w piątki imprezują studenci. Jako, że Karen należy do tutejszego zrzeszenia studentów, aby wejść do środka należy okazać kartę poświadczającą wpłatę opłaty członkowskiej i dokument potwierdzający tożsamość i wiek. Kolejna cecha imprez w Karen jest taka, że w roli DJów pojawiają się studenci należacy do Falunowego zrzeszenia. Tak się złożyło, że ów rzeczony Szwed grywał kilkakrotnie już na piątkowych imprezach. Feralnego wieczoru zapomniał jednak karty studenckiej i nie było przebacz. A przecież ochroniarze i zwłaszcza ekipa obsługująca cały przybytek (też studenci-wolontariusze) znali go wcześniej. N
ie jest mi trudno wyobrazić sobie, ze w tej sytuacji w polskim klubie jednak taka osoba wchodzi. A tutaj to nie przejdzie. Regulamin jest regulaminem.
środa, 22 października 2008
Jag talar lite svenska;)
Haha, dzisiaj (wczoraj już;)) Mariola miała egzamin ustny ze szwedzkiego. Na 9. rano(!). W grupie z Litwinem i Wietnamką. Jak jeszcze Litwina dało się jakoś zrozumieć (w sumie to nic dziwnego - piliśmy już kiedyś pędzony przez niego bimber;)), to szwedzki w wydaniu wietnamskim brzmiał niemal po chińsku. Swoim kaleczeniem się chwalić nie będę;).
Obecnie przeniosłam się duchem do Krakowa razem z moim ukochanym Marcinem Kydryńskim i jego siestą... Hmm... ależ mi się marzy takie posiedzenie w knajpce z cudowną muzyką... Kraków też chętnie bym odwiedziła, bo i dlaczego nie;). O Warszawie nie wspomnę:).
Miniony weeken obfitował w szaleństwa Britsenowe. Wymyślone przez naszą polską kobiecą ekipę Fancy Dress Party okazało się być strzałem w dziesiątkę. Ludziska dopisali niesamowicie i wykazali się wszyscy przy tym niemałą kreatywnością, bo jednak w Falun nie ma nieogranizonego dostępu do wszystkiego i możliwość zakupu czy zorganizowania czegoś jest niewielka. Ale jednak dla studentów nie ma nic niemożliwego. Były więc wampiry, śmierć z kosą, gejsze, politycy, biznesmeni, żaby, anioły, robokop, wiedźmy, kowboje, narkomani... Całe mnóstwo najróżniejszych postaci. Oczywiście największa furorę zrobił sześcioosobowy Polish Cleaning Team organizaujący imprezę;). W sumie to ta cała koncepcja z przebraniem miała sporo sensu, bo następnego dnia trzeba było posprzątać cały bałagan po wszystkich.
Zapomniałam sie chyba czymś pochwalić - jakiś czas temu odwiedziłam w końcu osławiony Systembolaget w celu nabycia alkoholu. I całkiem pozytywnie zaskoczyły mnie ceny winnych trunków - Concha Y Toro i Jacob's Creek dostępne nawet kilka zł taniej niż w Polsce. A w sumie, to dlaczego mnie to dziwi, skoro w Polsce są jedne z najdroższych win... Ech, w każdym razie ucieszyła się wtedy moja buzia, że jednak z ulubionego napoju nie muszę rezygnować, a nawet mam szansę popróbować czegoś nowego. Szkoda tylko, że nic gruzińskiego na półkach nie stało... Będę musiała nadrobić podczas pobytu w Warszawie i udać się do sympatycznego pana z Wine House w Wileniaku;).
I chyba z racji coraz krótszych dni (niestety nadeszły..) znów bardziej będę sympatyzować z trunkami w mojej ukochanej barwie;). Właśnie - słońca mi brakuje ostatnimi dniami. Dzisiaj po przebudzeniu się o 7:30 z przerażeniem stwierdziłam, że jest ciemno jeszcze....
Może trzeba będzie jakieś gorące południowe klimaty odwiedzić w zimie..;)?
A właśnie... Niedługo już listopad i nad sylwestrem tegorocznym trzeba już myśleć...:)
A póki co, położę się chyba spać wczesniej niż zwykle:)
Obecnie przeniosłam się duchem do Krakowa razem z moim ukochanym Marcinem Kydryńskim i jego siestą... Hmm... ależ mi się marzy takie posiedzenie w knajpce z cudowną muzyką... Kraków też chętnie bym odwiedziła, bo i dlaczego nie;). O Warszawie nie wspomnę:).
Miniony weeken obfitował w szaleństwa Britsenowe. Wymyślone przez naszą polską kobiecą ekipę Fancy Dress Party okazało się być strzałem w dziesiątkę. Ludziska dopisali niesamowicie i wykazali się wszyscy przy tym niemałą kreatywnością, bo jednak w Falun nie ma nieogranizonego dostępu do wszystkiego i możliwość zakupu czy zorganizowania czegoś jest niewielka. Ale jednak dla studentów nie ma nic niemożliwego. Były więc wampiry, śmierć z kosą, gejsze, politycy, biznesmeni, żaby, anioły, robokop, wiedźmy, kowboje, narkomani... Całe mnóstwo najróżniejszych postaci. Oczywiście największa furorę zrobił sześcioosobowy Polish Cleaning Team organizaujący imprezę;). W sumie to ta cała koncepcja z przebraniem miała sporo sensu, bo następnego dnia trzeba było posprzątać cały bałagan po wszystkich.
Zapomniałam sie chyba czymś pochwalić - jakiś czas temu odwiedziłam w końcu osławiony Systembolaget w celu nabycia alkoholu. I całkiem pozytywnie zaskoczyły mnie ceny winnych trunków - Concha Y Toro i Jacob's Creek dostępne nawet kilka zł taniej niż w Polsce. A w sumie, to dlaczego mnie to dziwi, skoro w Polsce są jedne z najdroższych win... Ech, w każdym razie ucieszyła się wtedy moja buzia, że jednak z ulubionego napoju nie muszę rezygnować, a nawet mam szansę popróbować czegoś nowego. Szkoda tylko, że nic gruzińskiego na półkach nie stało... Będę musiała nadrobić podczas pobytu w Warszawie i udać się do sympatycznego pana z Wine House w Wileniaku;).
I chyba z racji coraz krótszych dni (niestety nadeszły..) znów bardziej będę sympatyzować z trunkami w mojej ukochanej barwie;). Właśnie - słońca mi brakuje ostatnimi dniami. Dzisiaj po przebudzeniu się o 7:30 z przerażeniem stwierdziłam, że jest ciemno jeszcze....
Może trzeba będzie jakieś gorące południowe klimaty odwiedzić w zimie..;)?
A właśnie... Niedługo już listopad i nad sylwestrem tegorocznym trzeba już myśleć...:)
A póki co, położę się chyba spać wczesniej niż zwykle:)
wtorek, 14 października 2008
Wycieczki, kosteczki i inne przygody
Dlaczego ten czas tak mi przez ręce tutaj ucieka? Śpię, idę na zajecia (jeśli je mam;)), gotuję, jem, gadam, plotkuję, bawię się i tańczę, czasem pobiegam, czasem coś poczytam, ale w sumie nic konstruktywnego nie robię, a czas uciekaaaaa... Nie podoba mi się to, o nie. Chyba trochę brakuje mi mojego warszawskiego organizera, w którym każdy dzień zazwyczaj zapakowany był od rana do późnego wieczora. Nie za wcześnie za tym tęsknie;)?
Do rzeczy Mariola. Po bardzo intensywnym weekendzie przyszedł czas, aby znowu coś napisać:).
Sobota miniona upłynęła pod znakiem Uppsali - najstarszego ośrodka un
iwersyteckiego w Szwecji, do której zaprosił nas na wizytę do swojego domu nasz prof. prowadzący kurs o kulturze szwedzkiej, co o tyle jest niespotykane, że w Szwecji raczej nie jest powszechne zapraszanie ludzi do domu (poza wąskim gronem najbliższych przyjaciół). No ale - prof. Tekeste jest Etiopczykiem;), tyle że ożenionym ze Szwedką. Do tego bardzo sympatyczną i niesamowicie otwartą. Tak więc grupą 24 osób zrobiliśmy studencki najazd na XVIIIw. dom profesora (wynajmowany od Uniwersytetu), w którym królowały książki:). Lunch pomyślany został na nutę włoską - p
asta z pomidorami i sałata do tego. Współprzyrządzane przez nas;). Dobrze, że mieliśmy w gronie naszym chociaż jednego Włocha, który mógł czuwać nad wszystkim. Nieważne, że sam się przyznawał, że kuchnia to nie jego królestwo;). Wyszło pysznie. A na deser wyśmienita kawa i ciemna czekolada, czyli to, co Mariolki lubią najbardziej;).
Zaczerpnęliśmy więc Uppsalowego powietrza, które to jednak różni się nieco od tego w Falun, bo miasto jednak większe i więcej studentów w nim można spotkać .Z ciekawostek typowo studenckich można dorzucić, że za 50 koron można przez całą noc bawić się we wszystkich 13 studenckich klubach, które znajdują się w centrum miasta. Moja trzyosobowa ekipa udała się jednak ostatnim pociągiem powrotnym do Falun. Nie do końca przespana noc dawała się bardzo we znaki. Tym bardziej w pociągu, bo nie było już wolnych miejsc siedzących, a Mariola poza tym nie miała nawet biletu, bo zwyczajnie już nie było. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że po jakiejś pół godziny spędzonej na dywanie za siedzeniami (
notabene dokładnie w tym samym miejscu podróżowały nasze walizki, gdy przybywałyśmy do Falun pociągiem w sierpniu;)) udało nam się zająć jakieś zwolnione miejsca. A z racji tego, że nikt z obsługi pociągi nie przychodził przez długi czas na kontrolę biletów udało mi się też sporo zaoszczędzić na bilecie, który kosztuje sporo więcej, gdy jest kupowany w pociągu. Natomiast po przesiadce w Borlange do Falun (jedna stacja 20 min. jazdy) konduktor pytający o bilety na moje stwierdzenie, że chciałabym kupić bilet do Falun poprosił abym raz jeszcze powtórzyła mu, gdzie chcę jechać, po czym uśmiechnął się i poszedł dalej. Ach, ma się ten urok;).
Po męczacej drodze powrotnej jedyne, o czym Mariola marzyła to był gorący prysznic w przepysznym kakaowym żelu z Ives Rocher i ułożenie się do łóżeczka. Co też uczyniłam, nie przeszkadzając sobie w spaniu przez kolejnych 13h.
A teraz pora w końcu sie trochę wziąć za naukę, bo już za tydzień mam ustny egzamin ze szwedzkiego (dobre sobie;)) i koniec kursów się nieuchronnie zbliża, co oznacza, że trzeba oddać też końcowe prace. Ojej, ojej.
Dzisiaj z kolei Mariola zarobiła swoją pierwszą zapłatę za pracę wykonaną na ziemi szwedzkiej;). Po dobrych kilku, a może nawet więcej niż kilku miesiącach przerwy znowu sięgnęłam po nożyce fryzjerskie. I po raz kolejny doświadczyłam, że sprawia mi przyjemność zabawa nimi. Może z tą zabawą trochę przesadziłam;), ale jednak. Lubię. Odważna Ania, której podcinałam włosy wyszła ode mnie zadowolona;), a przy okazji dostałam jeszcze kolejne zgłoszenia. Och, już się doczekać nie mogę;).
Książka do szwedzkiego chyba właśnie do mnie przemówiła;). Pora zrobić coś konstruktywnego.
Do rzeczy Mariola. Po bardzo intensywnym weekendzie przyszedł czas, aby znowu coś napisać:).
Sobota miniona upłynęła pod znakiem Uppsali - najstarszego ośrodka un
iwersyteckiego w Szwecji, do której zaprosił nas na wizytę do swojego domu nasz prof. prowadzący kurs o kulturze szwedzkiej, co o tyle jest niespotykane, że w Szwecji raczej nie jest powszechne zapraszanie ludzi do domu (poza wąskim gronem najbliższych przyjaciół). No ale - prof. Tekeste jest Etiopczykiem;), tyle że ożenionym ze Szwedką. Do tego bardzo sympatyczną i niesamowicie otwartą. Tak więc grupą 24 osób zrobiliśmy studencki najazd na XVIIIw. dom profesora (wynajmowany od Uniwersytetu), w którym królowały książki:). Lunch pomyślany został na nutę włoską - p
asta z pomidorami i sałata do tego. Współprzyrządzane przez nas;). Dobrze, że mieliśmy w gronie naszym chociaż jednego Włocha, który mógł czuwać nad wszystkim. Nieważne, że sam się przyznawał, że kuchnia to nie jego królestwo;). Wyszło pysznie. A na deser wyśmienita kawa i ciemna czekolada, czyli to, co Mariolki lubią najbardziej;).Zaczerpnęliśmy więc Uppsalowego powietrza, które to jednak różni się nieco od tego w Falun, bo miasto jednak większe i więcej studentów w nim można spotkać .Z ciekawostek typowo studenckich można dorzucić, że za 50 koron można przez całą noc bawić się we wszystkich 13 studenckich klubach, które znajdują się w centrum miasta. Moja trzyosobowa ekipa udała się jednak ostatnim pociągiem powrotnym do Falun. Nie do końca przespana noc dawała się bardzo we znaki. Tym bardziej w pociągu, bo nie było już wolnych miejsc siedzących, a Mariola poza tym nie miała nawet biletu, bo zwyczajnie już nie było. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że po jakiejś pół godziny spędzonej na dywanie za siedzeniami (
notabene dokładnie w tym samym miejscu podróżowały nasze walizki, gdy przybywałyśmy do Falun pociągiem w sierpniu;)) udało nam się zająć jakieś zwolnione miejsca. A z racji tego, że nikt z obsługi pociągi nie przychodził przez długi czas na kontrolę biletów udało mi się też sporo zaoszczędzić na bilecie, który kosztuje sporo więcej, gdy jest kupowany w pociągu. Natomiast po przesiadce w Borlange do Falun (jedna stacja 20 min. jazdy) konduktor pytający o bilety na moje stwierdzenie, że chciałabym kupić bilet do Falun poprosił abym raz jeszcze powtórzyła mu, gdzie chcę jechać, po czym uśmiechnął się i poszedł dalej. Ach, ma się ten urok;).Po męczacej drodze powrotnej jedyne, o czym Mariola marzyła to był gorący prysznic w przepysznym kakaowym żelu z Ives Rocher i ułożenie się do łóżeczka. Co też uczyniłam, nie przeszkadzając sobie w spaniu przez kolejnych 13h.
A teraz pora w końcu sie trochę wziąć za naukę, bo już za tydzień mam ustny egzamin ze szwedzkiego (dobre sobie;)) i koniec kursów się nieuchronnie zbliża, co oznacza, że trzeba oddać też końcowe prace. Ojej, ojej.
Dzisiaj z kolei Mariola zarobiła swoją pierwszą zapłatę za pracę wykonaną na ziemi szwedzkiej;). Po dobrych kilku, a może nawet więcej niż kilku miesiącach przerwy znowu sięgnęłam po nożyce fryzjerskie. I po raz kolejny doświadczyłam, że sprawia mi przyjemność zabawa nimi. Może z tą zabawą trochę przesadziłam;), ale jednak. Lubię. Odważna Ania, której podcinałam włosy wyszła ode mnie zadowolona;), a przy okazji dostałam jeszcze kolejne zgłoszenia. Och, już się doczekać nie mogę;).
Książka do szwedzkiego chyba właśnie do mnie przemówiła;). Pora zrobić coś konstruktywnego.
sobota, 4 października 2008
Id al-Fitr i Oktoberfest w Falun
Znowu Mariola się zaniedbała w pisaniu. Mariola przeprasza. Siebie samą też. Małym wytłumaczeniem niech będzie, że dużo się po prostu działo w ostatnim czasie. Na przykład Mariola duuuuużo spała. O tak - warszawskie łóżko pewnie byłoby zdziwione, gdybym tak długo w jednym podejściu na nim sie wylegiwała i samo zaczęłoby mnie sprężynami wykopywać;). Na szczęście falunowe nie zna wcześniejszego mariolkowego trybu życia i nie robi problemów w tym względzie, a wręcz przeciwnie;).
W samym Britsen działo się mnóstwo ciekawych rzeczy. Tydzień temu akademik przeżywał oblężenie różnych dziwnych postaci rodem z lat 80. bo motywem przewodnim imprezy były właśnie te lata. Niektórzy naprawdę nieźle się wczuli;).
We wtorek z kolei pierwszy raz w życiu miałam okazję wziąć udział w Id al-Fitr (święto na zakończenie Ramadanu). A więc kolacja z tradycyjnymi pakistańskimi potrawami - pyyyyszne, baaaaardzo dobrze przyprawione mięsko i dużo różnych dodatków w postaci warzyw i specjalnie przygotowywanych naleśnikopodobnych placków;). No i ciekawostki w postaci słodkiego zielonego ryżu i niesamowicie żółtego deseru, który smakował wręcz nieziemsko. Mniam, mniam. Natomiast na kolacji sie nie skończyło. Potem brzmiąca egzotycznie muzyka i tańce. Co było o tyle specyficzne, że pewnie było tam ok. 40 Pakistańczyków płci męskiej jedynie i w pewnym momencie tylko 5 kobiet - Polek. W sumie można było doświadczyć tego, jak czuje się zwierzyna otoczona przez myśliwych.... Ale bogatsze jesteśmy w nowe doświadczenia:) I w sumie nie było tak strasznie;).
Na nasza prośbę Pakistańczycy (niech będzie, że trzech;)) przygotowali nam następnego dnia tego pysznego pikantnego kurczaka, a wczoraj w ramach rewańzu zamieniłyśmy z Asią moją kuchnię w fabrykę ruskich pierogów;). Wyszły pyszne, chociaż miałyśmy małe problemy ze skompletowaniem składników, bo jak się okazuje w Szwecji nie znają czegoś takiego jak pospolity twaróg. Tak więc ukochanego sernika nie ma z czego niestety zrobić. Z farszem do pierogów udało sie o tyle, że po dokładnym obejrzeniu wszystkich w miarę miękkich serów w lodówce znlazłam coś, co w konsystencji przypominało twaróg, a było jakimś serem sałatkowym odrobinę podobnym do fety, ale mniej słonym.
Wieczorem natomiast w Karen (Student Union House) świętowaliśmy Oktoberfest. Z bawarskimi barmanami i szerokimi uśmiechami.
Kończę, bo skończyły mi się chipsy i nie mam skąd natchnienia więcej czerpać;).
A gdyby ktoś szukał czegoś na umilenie szarych jesiennych dni, polecam Milly Quezada i utwór "Caro";).
W samym Britsen działo się mnóstwo ciekawych rzeczy. Tydzień temu akademik przeżywał oblężenie różnych dziwnych postaci rodem z lat 80. bo motywem przewodnim imprezy były właśnie te lata. Niektórzy naprawdę nieźle się wczuli;).
We wtorek z kolei pierwszy raz w życiu miałam okazję wziąć udział w Id al-Fitr (święto na zakończenie Ramadanu). A więc kolacja z tradycyjnymi pakistańskimi potrawami - pyyyyszne, baaaaardzo dobrze przyprawione mięsko i dużo różnych dodatków w postaci warzyw i specjalnie przygotowywanych naleśnikopodobnych placków;). No i ciekawostki w postaci słodkiego zielonego ryżu i niesamowicie żółtego deseru, który smakował wręcz nieziemsko. Mniam, mniam. Natomiast na kolacji sie nie skończyło. Potem brzmiąca egzotycznie muzyka i tańce. Co było o tyle specyficzne, że pewnie było tam ok. 40 Pakistańczyków płci męskiej jedynie i w pewnym momencie tylko 5 kobiet - Polek. W sumie można było doświadczyć tego, jak czuje się zwierzyna otoczona przez myśliwych.... Ale bogatsze jesteśmy w nowe doświadczenia:) I w sumie nie było tak strasznie;).
Na nasza prośbę Pakistańczycy (niech będzie, że trzech;)) przygotowali nam następnego dnia tego pysznego pikantnego kurczaka, a wczoraj w ramach rewańzu zamieniłyśmy z Asią moją kuchnię w fabrykę ruskich pierogów;). Wyszły pyszne, chociaż miałyśmy małe problemy ze skompletowaniem składników, bo jak się okazuje w Szwecji nie znają czegoś takiego jak pospolity twaróg. Tak więc ukochanego sernika nie ma z czego niestety zrobić. Z farszem do pierogów udało sie o tyle, że po dokładnym obejrzeniu wszystkich w miarę miękkich serów w lodówce znlazłam coś, co w konsystencji przypominało twaróg, a było jakimś serem sałatkowym odrobinę podobnym do fety, ale mniej słonym.
Wieczorem natomiast w Karen (Student Union House) świętowaliśmy Oktoberfest. Z bawarskimi barmanami i szerokimi uśmiechami.
Kończę, bo skończyły mi się chipsy i nie mam skąd natchnienia więcej czerpać;).
A gdyby ktoś szukał czegoś na umilenie szarych jesiennych dni, polecam Milly Quezada i utwór "Caro";).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
