A miało być tak pięknie...jak to Happysad jeden ze swych utworów rozpoczyna... No i co? Odpowiedź pozwolę sobie ocenzurować;).
Wstałam dziś 5h(!) po moim budziku, który, co rzadko się zdarza, osobiście wyłączyłam... Miałam iść do biblioteki w poszukiwaniu naukowego klimatu, który w Falun tylko tam odnajduję, jakże odmiennie niż w Warszawie, no i faktycznie wybrałam się tam, tylko... Tylko, no właśnie... Na wieszaku w przedpokoju zostawiłam kurtkę przeciwdeszczową, ubrałam się w lekką wiosenna kurteczkę bo pogoda za oknem wydawała sie sprzyjająca i po śniadanku i kawce wyruszyłam w drogę.. I co..? I okazało się, a jakże, że wszelkie wynalazki i jakieś tam śmieszne membrany pakowane w nowoczesne kurtki być może się i sprawdzają w warunkach takich, gdy kapuśniaczek zmienia się jak na złość w regularną ulewę, ale pod jednym wszakże warunkiem... Trzeba tę kurtkę mieć na sobie, a nie na wieszaku w przedpokoju...;)! Tak więc do biblioteki nie doszłam, bo lało się ze mnie tak, że do samego jej zamknięcia nie zdążyłabym sie wyszuszyć, o skupieniu na lekturze nie mówiąc nawet.. Dobrze, że nikogo nie było na wybranej przeze mnie ścieżce, to mogłam się słownie wyżyć i sobie nieco ulżyć, co nie zmienia faktu, że zamarzył mi się znowu kick boxing..;)
Chyba jednak muszę jakieś ujście dla tych negatywnych emocji znaleźć, tym bardziej, że termin oddania pracy zbliża się nieubłagalnie, a ja coraz bardziej zbliżam się do stwierdzenia, że za mało przeczytałam, za mało wiem i jak mam oddać bubla, to może lepiej poczekać do września.. Eh, muszę to jakoś wykorzenić, no bo jednak miło byłoby już 6 czerwca świętować koniec roku akademickiego, który, o zgrozo, rozpoczął się przecież jeszcze pod koniec sierpnia ubiegłego roku. Zatem - kończ, waść, wstydu oszczędź:).
Ale miało być o bibliotece... Biblioteka uniwersytecka w Falun nie różni się specjalnie od innych bibliotek, choć pod względem powierzchni i liczby woluminów do BUWu jej zdecydowanie daleko.. Co natomiast jest bardzo pozytywne i charakterystycze, nie tylo dla tej jednej biblioteki w Szwecji, że można bez problemu, bez żadnych dodatkowych opłat korzystać z wypożyczeń międzybibliotecznych. Wystarczy jedynie wypełnić gotowy formularz na stronie www. i czekać, aż bibliotekarz znajdzie, w zbiorach jakiej biblioteki dana pozycja się znajduje, zamówi ją, wyśle maila z informacją, że książka już czeka na półce w bibliotece. Trwa to naprawdę stosunkowo niedługo, bo ok. tygodnia, gdy nie ma problemu z dostępnością danej książki w innych bibliotekach. Można w ten sam sposób zamawiać artykuły z czasopism naukowych, wtedy jednak obowiązuje opłata 20 koron, ale otrzymuje się kserokopię na własność. Swoją drogą, ciekawa jestem, jak rozwiązują tutaj problem praw własności intelektualnej, skoro jest to jednak, bądź co bądź, oficjalny obieg materiałów naukowych. W każdym razie - tutejsze mechanizmy biblioteczne bardzo mi odpowiadają. Dodatkowym plusem jest brak limitów ilościowych na kontach czytelników. Wolumin można przedłużyć nieskończoną ilość razy, dopóki ktoś inny nie zamówi danej książki, co na zdrowy rozum, jest niesamowicie rozsądne, bo po co jakaś książka ma się kurzyć na półce, skoro komuś jest przez dłuższy czas potrzebna? Eh, jakoś sobie nie potrafię póki co wyobrazić żadnej polskiej bibliioteki uniwersyteckiej działającej w sposób tak przyjaźnie nastawiony do studenta. A szkoda.
A tak jeszcze nawiązując do początkowej części posta - oczywiście jak już doszczętnie przemokłam i lało się ze mnie, deszcz zelżał...a gdy tylko weszłam z powrotem do pokoju, aby się wysuszyć, przestało padać... I jak tu się nie irytować..;)?
piątek, 22 maja 2009
środa, 20 maja 2009
O systemach, o-presji i innych przyjemnościach..;)
Hmm....
Znów minęło sporo czasu od ostatniego postu... Tego dedykuję Czytelnikom, którzy mnie motywowali i zmotywowali ostatecznie dzisiaj do napisania czegoś;). Zatem kakao w kubek, Michałek z Polski do ust i zaczynamy...;)
W zasadzie powinna Mariola teraz pracować nad ukończeniem - wróć, co ja mówię - nad rozpoczęciem procesu pisania pracy magisterskiej. Idzie średnio, koncepcję niby Mariola ma, feministyczny pazur chce wysunąć (co było do przewidzenia jednak;)) i "ugryźć" teorię obywatelstwa socjalnego w perspektywie genderowej, bo Marshall o niej, zdaje się, że "zapomniał";). I naprawdę, to wcale nie jest takie nudne, jakim się wydaje być, a wręcz przeciwnie - ciekawe jak diabli, zwłaszcza gdy dorzuci się do tego szczyptę teorii opresji I. M. Young i można się przy okazji "napuszyć" i nakręcić antymaskulinistycznie nieco;D. Zatem to chyba nie kwestia tematu, ale czegoś innego...
Zachodzi Mariola w głowę od jakiegoś już czasu, co może mieć aż tak destrukcyjny wpływ na organizację (ok, umówmy się - brak jakiejkolwiek organizacji) pracy? W kręgu głównych podejrzanych znajduje się szwedzki system szkolnictwa wyższego i reguły, jakie obowiązują na uczelni. Sam jesteś sobie sterem - ok, brzmi fajnie i ciekawie, ale jak człowiek przywykł już porządnie do systemu egzaminowo-sesyjnego i przesiąkł atmosferą polskiej uczelni, gdzie jednak wskazane jest trzymanie się narzuconych schematów organizacyjnych i gdzie student bardziej jest jednak "prowadzony za rączkę". Tutaj chcą nas samodzielnych - i świetnie. Mariola jest za, ale jakoś ciężko czasem wykorzenić różne nawyki polskiego pochodzenia...
Kolejna rzecz jest taka, że jednak częste, a na pewno częstsze niż się Mariola spodziewała, odwiedziny w Polsce trochę tę nieuporządkowaną organizację jeszcze bardziej "rozpracowują". Jakby to jakiś wróg miał być co najmniej;). Nie żeby Mariola narzekała - co to, to nie!:) Szczęśliwa jest jak nigdy:) - to jedynie obiektywne w miarę spostrzeżenie, że jakiś wpływ na dezorganizację może to mieć;). Zresztą, nie jest to chyba aż tak istotne... Deadline się zbliża, to i organizacja się poprawi;), a po powrocie do stolicy będzie chodzić jak dawniej:).
W sumie to mogłabym już powoli odliczać dni do wylotu ostatecznego, bo bilet już zakupiony i nie ma odwrotu:). I znów będzie problem z zapakowaniem dobytku w 40 kg bagażu... Tyle wywiozłam już, tyle osób obdarowałam częścią swojego dobytku, a tu jeszcze może być problem.. Eh...ale wkońcu co państwo dobrobytu, to państwo dobrobytu:D. Welfare state is welfare state;).
Płynnie udało mi się przejść do zasygnalizowania jednego z najwspanialszych tygodni pobytu w Szwecji, gdy na wizytację do kraju Trzech Koron udało się czteroosobowe przedstawicielstwo IPSu (reprezentacja Ekipy niepełna, ale większościowa;)). Co się działo, niech pozostanie między uczestnikami i tymi, którzy zostali bądź też zostaną dopuszczeni do tej wiedzy na prawie przywileju;). Grunt, że dzięki duuuużej dozie humoru, momentami przeistaczającego się w opary absurdu, udało się Ekipie przetrwać blisko tydzień, podróżując non-stop tym samym autem, śpiąc w jednym domku (czasem na jednym łóżku;)) i spożywając razem posiłki (upływające pod znakiem pasztetu i kabanosa;)) bez znaczących "zgrzytów". Ponad 2000 km przebytych wspólnie, okraszonych początkowo lekkim szokiem, że wynajęte auto może "tyle" palić;) wiodło przez Sztokholm, wschodnie wybrzeże Szwecji, Olandię (dla mnie jeden z najlepszych punktów;)), Wielkie Szwedzkie Jeziora, Falun aż po granicę norweską i najwyższy szwedzki wodospad Njupeskär. Pięknie było! Za co niniejszym, na łamach tego skromnego periodyku blogowego dziękuję sprawcom, współsprawcom i podżegaczom tej wyprawy:).
Znów minęło sporo czasu od ostatniego postu... Tego dedykuję Czytelnikom, którzy mnie motywowali i zmotywowali ostatecznie dzisiaj do napisania czegoś;). Zatem kakao w kubek, Michałek z Polski do ust i zaczynamy...;)
W zasadzie powinna Mariola teraz pracować nad ukończeniem - wróć, co ja mówię - nad rozpoczęciem procesu pisania pracy magisterskiej. Idzie średnio, koncepcję niby Mariola ma, feministyczny pazur chce wysunąć (co było do przewidzenia jednak;)) i "ugryźć" teorię obywatelstwa socjalnego w perspektywie genderowej, bo Marshall o niej, zdaje się, że "zapomniał";). I naprawdę, to wcale nie jest takie nudne, jakim się wydaje być, a wręcz przeciwnie - ciekawe jak diabli, zwłaszcza gdy dorzuci się do tego szczyptę teorii opresji I. M. Young i można się przy okazji "napuszyć" i nakręcić antymaskulinistycznie nieco;D. Zatem to chyba nie kwestia tematu, ale czegoś innego...
Zachodzi Mariola w głowę od jakiegoś już czasu, co może mieć aż tak destrukcyjny wpływ na organizację (ok, umówmy się - brak jakiejkolwiek organizacji) pracy? W kręgu głównych podejrzanych znajduje się szwedzki system szkolnictwa wyższego i reguły, jakie obowiązują na uczelni. Sam jesteś sobie sterem - ok, brzmi fajnie i ciekawie, ale jak człowiek przywykł już porządnie do systemu egzaminowo-sesyjnego i przesiąkł atmosferą polskiej uczelni, gdzie jednak wskazane jest trzymanie się narzuconych schematów organizacyjnych i gdzie student bardziej jest jednak "prowadzony za rączkę". Tutaj chcą nas samodzielnych - i świetnie. Mariola jest za, ale jakoś ciężko czasem wykorzenić różne nawyki polskiego pochodzenia...
Kolejna rzecz jest taka, że jednak częste, a na pewno częstsze niż się Mariola spodziewała, odwiedziny w Polsce trochę tę nieuporządkowaną organizację jeszcze bardziej "rozpracowują". Jakby to jakiś wróg miał być co najmniej;). Nie żeby Mariola narzekała - co to, to nie!:) Szczęśliwa jest jak nigdy:) - to jedynie obiektywne w miarę spostrzeżenie, że jakiś wpływ na dezorganizację może to mieć;). Zresztą, nie jest to chyba aż tak istotne... Deadline się zbliża, to i organizacja się poprawi;), a po powrocie do stolicy będzie chodzić jak dawniej:).
W sumie to mogłabym już powoli odliczać dni do wylotu ostatecznego, bo bilet już zakupiony i nie ma odwrotu:). I znów będzie problem z zapakowaniem dobytku w 40 kg bagażu... Tyle wywiozłam już, tyle osób obdarowałam częścią swojego dobytku, a tu jeszcze może być problem.. Eh...ale wkońcu co państwo dobrobytu, to państwo dobrobytu:D. Welfare state is welfare state;).
Płynnie udało mi się przejść do zasygnalizowania jednego z najwspanialszych tygodni pobytu w Szwecji, gdy na wizytację do kraju Trzech Koron udało się czteroosobowe przedstawicielstwo IPSu (reprezentacja Ekipy niepełna, ale większościowa;)). Co się działo, niech pozostanie między uczestnikami i tymi, którzy zostali bądź też zostaną dopuszczeni do tej wiedzy na prawie przywileju;). Grunt, że dzięki duuuużej dozie humoru, momentami przeistaczającego się w opary absurdu, udało się Ekipie przetrwać blisko tydzień, podróżując non-stop tym samym autem, śpiąc w jednym domku (czasem na jednym łóżku;)) i spożywając razem posiłki (upływające pod znakiem pasztetu i kabanosa;)) bez znaczących "zgrzytów". Ponad 2000 km przebytych wspólnie, okraszonych początkowo lekkim szokiem, że wynajęte auto może "tyle" palić;) wiodło przez Sztokholm, wschodnie wybrzeże Szwecji, Olandię (dla mnie jeden z najlepszych punktów;)), Wielkie Szwedzkie Jeziora, Falun aż po granicę norweską i najwyższy szwedzki wodospad Njupeskär. Pięknie było! Za co niniejszym, na łamach tego skromnego periodyku blogowego dziękuję sprawcom, współsprawcom i podżegaczom tej wyprawy:).
sobota, 25 kwietnia 2009
Optymistycznie:)
Znów zmieniłam miejsce pobytu na Falunowe. Gdy weszłam do pokoju, ucieszyłam się, że przed wyjazdem posprzątałam, bo aż miło mi się zrobiło gdy przywitało mnie przejrzyste, uporządkowane wnętrze. Chyba zatem jeszcze jest cień szansy, że wyleczę się choć trochę z mojego wiecznego bałaganiarstwa;).
Jako że wróciłam późno i byłam po całym dniu podróży zmęczona poszłam wcześnie spać:). Miałam zamiar umknąć powracającym z piątkowej imprezy imprezowiczom, ale zdradziły mnie odsłonięte żaluzje:D i przed snem jeszcze miłe powitanie z lubelskimi erasmusami, którzy postanowili z rzeczonej imprezy wrócić wcześniej:).
Dzięki pobudce M. udało mi się dziś podnieść z łóżka przed 8. (jest sobota:)) i jest to kolejna zmiana, która bardzo mi odpowiada:). Tym bardziej, że Falun już nie jest tak jak zimową porą odłączone przez większość dnia od światła słonecznego, ale właśnie od samego rana wita mnie przez szybę promieniami słońca:). Byłam też trochę zdziwiona, kiedy tuż po opuszczeniu ciepłego pociągu (22:30) przywitał mie delikatny, ciepły wiaterek, podczas gdy w moich Siedliskach wieczorową porą chwytał jeszcze przymrozek i pierwszy przydomowy wieczorny grill skończył się przemarzniętymi paluszkami...
Rzecz niepocieszająca jest taka, że mam meeeeega zaległości:/. W życiu chyba aż tak nie miałam... Natomiast jest też tak, że szczególnie mi tego nie szkoda... Mam nadzieję, że dam radę nadrobić, tym bardziej, że teraz już w ogóle regularnych zajeć nie mam. A czas spędzony w Polsce w Warszawie, w domu i we Wrocławiu wart był tego, aby się, delikatnie mówiąc - zaniedbać:P. Inna rzecz jest taka, że po prostu nie potrafię już jakoś skupić się w domu, a widując się z M. tak rzadko jak to ma miejsce, to po prostu grzechem byłoby pisanie jakiejś pracy;). Dlatego też nadrabiałam już w drodze powrotnej, kończąc jedną z zadanych prac w ciągu 1,5 h w Macu na lotnisku, podczas gdy nie mogłam jej dokończyć przez cały poprzedni tydzień:/!
Zbieram się teraz w sobie intensywnie, aby przed poniedziałkowym wyjazdem do Sztokholmu na spotkanie całej Załogi IPS skończyć choć część tego, co mam do zrobienia:).
A potem....? Potem musi być fajnie:) Jeden samochód, jeden facet, cztery fajowe babeczki i... Szwecyja:)
Jako że wróciłam późno i byłam po całym dniu podróży zmęczona poszłam wcześnie spać:). Miałam zamiar umknąć powracającym z piątkowej imprezy imprezowiczom, ale zdradziły mnie odsłonięte żaluzje:D i przed snem jeszcze miłe powitanie z lubelskimi erasmusami, którzy postanowili z rzeczonej imprezy wrócić wcześniej:).
Dzięki pobudce M. udało mi się dziś podnieść z łóżka przed 8. (jest sobota:)) i jest to kolejna zmiana, która bardzo mi odpowiada:). Tym bardziej, że Falun już nie jest tak jak zimową porą odłączone przez większość dnia od światła słonecznego, ale właśnie od samego rana wita mnie przez szybę promieniami słońca:). Byłam też trochę zdziwiona, kiedy tuż po opuszczeniu ciepłego pociągu (22:30) przywitał mie delikatny, ciepły wiaterek, podczas gdy w moich Siedliskach wieczorową porą chwytał jeszcze przymrozek i pierwszy przydomowy wieczorny grill skończył się przemarzniętymi paluszkami...
Rzecz niepocieszająca jest taka, że mam meeeeega zaległości:/. W życiu chyba aż tak nie miałam... Natomiast jest też tak, że szczególnie mi tego nie szkoda... Mam nadzieję, że dam radę nadrobić, tym bardziej, że teraz już w ogóle regularnych zajeć nie mam. A czas spędzony w Polsce w Warszawie, w domu i we Wrocławiu wart był tego, aby się, delikatnie mówiąc - zaniedbać:P. Inna rzecz jest taka, że po prostu nie potrafię już jakoś skupić się w domu, a widując się z M. tak rzadko jak to ma miejsce, to po prostu grzechem byłoby pisanie jakiejś pracy;). Dlatego też nadrabiałam już w drodze powrotnej, kończąc jedną z zadanych prac w ciągu 1,5 h w Macu na lotnisku, podczas gdy nie mogłam jej dokończyć przez cały poprzedni tydzień:/!
Zbieram się teraz w sobie intensywnie, aby przed poniedziałkowym wyjazdem do Sztokholmu na spotkanie całej Załogi IPS skończyć choć część tego, co mam do zrobienia:).
A potem....? Potem musi być fajnie:) Jeden samochód, jeden facet, cztery fajowe babeczki i... Szwecyja:)
czwartek, 2 kwietnia 2009
Refleksyjnie z żonkilami w tle;)
No i przyszedł kwiecień... Nie będę się już usprawiedliwiać nawet sama przed sobą, dlaczego tak długo nie mogłam się zebrać z nową notką na blogu. Tak wychodziło po prostu, a może raczej nie wychodziło;).
Dzisiaj jednak coś mnie natchnęło... Mam wrażenie, że to skumulowany efekt wiosennej już bardzo pogody (choć śnieg jeszcze spokojnie sobie leży, delikatnie dając się jedynie podtopić odważniejszemu już coraz bardziej słońcu) i niesamowitego zapachu, jaki sobie zafundowałam w pokoju odżałowując 10 koron na doniczkę pięknych żonkili:). Aż nawet wysprzątałam dokładnie pokój by zapach mógł się rozgościć w jak najlepszych warunkach:).
Na chwilę obecną niemal już skończyłam wszelkie "regularne" zajęcia na uniwerku Falunowym, pozostało napisanie pracy końcowej z ostatniego kursu i tego co najważniejsze, czyli magisterki. Szczęście całe, wczoraj wypracowałam w końcu ostateczną wersję mojego tematu i jeśli będzie taka potrzeba, to zawalczę, aby nimkt mi w niego nosa nie wtrącał za bardzo;). Dokładnie - mój promotor, do któego póki co dość sceptycznie nastawiona jestem. Mam nadzieję, że będę miała okazję się co do tego rozczarować:P.
W końcu udało mi się zwiedzić trochę chociaż szwedzką stolicę i wrażenia bardzo pozytywne:). Dużo bardziej pełne życia niż pozostała część kraju, a tego mi ostatnio bardzo brakowało. Jeszcze przed wyjazdem w sierpniu nie pomyślałabym, że będę tęsknić za tłumem na ulicach, za "delikatnym" tłokiem w tramwaju i nawet za korkami:). Po prostu - za tętniącym 24h na dobę życiem miastem:). Bo, że w końcu ja sama będę chciała mieć więcej niż mniej zajęć do zrobienia, to mogłam się po sobie spodziewać, jako że pracoholizm ciężko wyleczyć;). Nawet na odległej, niezwykle spokojnej i cichej Północy. Przynajmniej jednak człowiek zdaje sobie w końcu sprawę z tego, że to "paskudztwo" go dopadło, trzyma i nie puści;). Przynajmniej na razie. Zbyt wiele rzeczy do zrobienia jest, aby się go wyzbywać.
Ostatnio strasznie szybko ucieka mi tutaj czas, z czego jestem nawet zadowolona, bo wcześniej wolny upływ czasu niesamowicie mnie drażnił, ale z drugiej strony... Teraz czeka mnie naprawdę intensywny wysiłek intelektualny w związku z pisaniem magisterki. No i za chwilę już znowu wylatuję do Polski:) Tego, że tak często będę w odwiedziny wpadać, też nie przewidziałam;). Tak więc teraz niecałe 3 tyg, które, to już wiem, miną bardzo szybko. Potem czekam na odwiedziny ekipy z IPSu i w drogę w Szwecyję!
A teraz do biegania uciekam, bo pora na trening, a pogoda fantastyczna:).
Dzisiaj jednak coś mnie natchnęło... Mam wrażenie, że to skumulowany efekt wiosennej już bardzo pogody (choć śnieg jeszcze spokojnie sobie leży, delikatnie dając się jedynie podtopić odważniejszemu już coraz bardziej słońcu) i niesamowitego zapachu, jaki sobie zafundowałam w pokoju odżałowując 10 koron na doniczkę pięknych żonkili:). Aż nawet wysprzątałam dokładnie pokój by zapach mógł się rozgościć w jak najlepszych warunkach:).
Na chwilę obecną niemal już skończyłam wszelkie "regularne" zajęcia na uniwerku Falunowym, pozostało napisanie pracy końcowej z ostatniego kursu i tego co najważniejsze, czyli magisterki. Szczęście całe, wczoraj wypracowałam w końcu ostateczną wersję mojego tematu i jeśli będzie taka potrzeba, to zawalczę, aby nimkt mi w niego nosa nie wtrącał za bardzo;). Dokładnie - mój promotor, do któego póki co dość sceptycznie nastawiona jestem. Mam nadzieję, że będę miała okazję się co do tego rozczarować:P.
W końcu udało mi się zwiedzić trochę chociaż szwedzką stolicę i wrażenia bardzo pozytywne:). Dużo bardziej pełne życia niż pozostała część kraju, a tego mi ostatnio bardzo brakowało. Jeszcze przed wyjazdem w sierpniu nie pomyślałabym, że będę tęsknić za tłumem na ulicach, za "delikatnym" tłokiem w tramwaju i nawet za korkami:). Po prostu - za tętniącym 24h na dobę życiem miastem:). Bo, że w końcu ja sama będę chciała mieć więcej niż mniej zajęć do zrobienia, to mogłam się po sobie spodziewać, jako że pracoholizm ciężko wyleczyć;). Nawet na odległej, niezwykle spokojnej i cichej Północy. Przynajmniej jednak człowiek zdaje sobie w końcu sprawę z tego, że to "paskudztwo" go dopadło, trzyma i nie puści;). Przynajmniej na razie. Zbyt wiele rzeczy do zrobienia jest, aby się go wyzbywać.
Ostatnio strasznie szybko ucieka mi tutaj czas, z czego jestem nawet zadowolona, bo wcześniej wolny upływ czasu niesamowicie mnie drażnił, ale z drugiej strony... Teraz czeka mnie naprawdę intensywny wysiłek intelektualny w związku z pisaniem magisterki. No i za chwilę już znowu wylatuję do Polski:) Tego, że tak często będę w odwiedziny wpadać, też nie przewidziałam;). Tak więc teraz niecałe 3 tyg, które, to już wiem, miną bardzo szybko. Potem czekam na odwiedziny ekipy z IPSu i w drogę w Szwecyję!
A teraz do biegania uciekam, bo pora na trening, a pogoda fantastyczna:).
wtorek, 24 lutego 2009
Come back:)
Tyle czasu minęło od ostatniego wpisu, że aż nie wiem od czego zacząć... Bo działo się dużo i to na bardzo różnych płaszczyznach.
Usprawiedliwiać się z niepisania nie będę, bo i nie ma z czego - po prostu jakoś mi nie po drodze było do blogspota. Nawet bezproduktywne dłuższe i krótsze chwile celebrowałam z namaszczeniem, chyba już coraz bardziej świadoma tego, że przecież lenistwo takie prędzej już niż później musi się skończyć. Nawet mimo tego, że przecież brakuje mi jednocześnie już coraz bardziej mojego zabieganego życia. I w ogóle Polski mi brakuje. Z przyczyn wielu, do których jakiś czas temu dołączyła najważniejsza... Chociaż z drugiej strony to nie tak, że mi tutaj jest źle:) Bo przecież tak nie jest, ale - jeszcze się taki nie narodził, co by Marioli dogodził:) (a może jednak;)?)...
Niemniej, do rzeczy powracając, ostatni prawie już miesiąc, jako się już rzekło, minął bardzo intensywnie i niezwykle szybko.. 2 tygodnie odliczania do wylotu do Polski, w międzyczasie intensywny wysiłek naukowy podjęty w celu uzyskania całkowicie wolnego od jakichkolwiek trosk tygodnia w PL. W całym tym pędzie, zadowolona z siebie, że udało mi sie ukończyć w nocy tuż przed wyjazdem pracę na seminarium, wysłałam zamiast rzeczonej pracy tekst zadania, którym mieliśmy się zająć:) i szczęśliwa wymaszerowałam na pociąg w środku nocy w asyście dzielnych dwóch kobiet i mężczyzny, którym jestem bardzo wdzięczna:).
O PL rozpisywac się nie będę bo byłby to zbyt duży offtop, biorąc pod uwagę tytuł bloga:). Powiem tylko, że było fantastycznie, po balu bolały mnie niesamowicie stopy, co świadczy, iż zabawa była przednia (a buty nie do konca wygodne;) - ale tak to jest, jak chce się wyglądać jak gwiazda:D). A to przede wszystkim dzięki wspaniałym przyjaciołom, do których aż chce się wracać:). W międzyczasie zaliczyłam też swój poważniejszy debiut cukierniczy i zmierzyłam się z przepisem na genialny sernik z brzoskwiniami mojej cioci - efekt końcowy był zdumiewający nawet dla mnie samej:). Ale co się wymodliłam przed piekarnikiem przez te 1,5 h kiedy sernik się piekł to wiem tylko ja:). Szkoda, że w Szwecji nie mozna kupić zwykłego twarogu, bo mogłabym jeszcze się wykazać tutaj:). Ale już po głowie mnie i Ani chodził pomysł własnej produkcji sera:).
Ogólnie staram się teraz jeszcze systematyczniej niz do tej pory ruszać:). Zobaczymy co z tego wyjdzie:). Mam nadzieję, że jednak uda mi się tutaj rozbiegać bardziej niż przez ostatnie 3 lata w Warszawie;). Dziś z kolei poszłam na pierwsze zajecia z tańca nowoczesnego. Było dość delikatnie, jazzowo raczej i sympatycznie:). Moje ciało chyba jednak tęskniło za cotygodniowym wyginaniem sie i skakaniem w rytm muzyki, jakie serwowałam mu w zeszłym roku u fantastycznego pan R. z jeszcze bardziej fantastycznymi pośladkami;). Eh...:)
No tak, to tym jakże miłym wspomnieniowym akcentem zakończę na dzisiaj:). Zabieram się za czytanie, aby nie mieć zaległości gdy M. przyjedzie:).
Usprawiedliwiać się z niepisania nie będę, bo i nie ma z czego - po prostu jakoś mi nie po drodze było do blogspota. Nawet bezproduktywne dłuższe i krótsze chwile celebrowałam z namaszczeniem, chyba już coraz bardziej świadoma tego, że przecież lenistwo takie prędzej już niż później musi się skończyć. Nawet mimo tego, że przecież brakuje mi jednocześnie już coraz bardziej mojego zabieganego życia. I w ogóle Polski mi brakuje. Z przyczyn wielu, do których jakiś czas temu dołączyła najważniejsza... Chociaż z drugiej strony to nie tak, że mi tutaj jest źle:) Bo przecież tak nie jest, ale - jeszcze się taki nie narodził, co by Marioli dogodził:) (a może jednak;)?)...
Niemniej, do rzeczy powracając, ostatni prawie już miesiąc, jako się już rzekło, minął bardzo intensywnie i niezwykle szybko.. 2 tygodnie odliczania do wylotu do Polski, w międzyczasie intensywny wysiłek naukowy podjęty w celu uzyskania całkowicie wolnego od jakichkolwiek trosk tygodnia w PL. W całym tym pędzie, zadowolona z siebie, że udało mi sie ukończyć w nocy tuż przed wyjazdem pracę na seminarium, wysłałam zamiast rzeczonej pracy tekst zadania, którym mieliśmy się zająć:) i szczęśliwa wymaszerowałam na pociąg w środku nocy w asyście dzielnych dwóch kobiet i mężczyzny, którym jestem bardzo wdzięczna:).
O PL rozpisywac się nie będę bo byłby to zbyt duży offtop, biorąc pod uwagę tytuł bloga:). Powiem tylko, że było fantastycznie, po balu bolały mnie niesamowicie stopy, co świadczy, iż zabawa była przednia (a buty nie do konca wygodne;) - ale tak to jest, jak chce się wyglądać jak gwiazda:D). A to przede wszystkim dzięki wspaniałym przyjaciołom, do których aż chce się wracać:). W międzyczasie zaliczyłam też swój poważniejszy debiut cukierniczy i zmierzyłam się z przepisem na genialny sernik z brzoskwiniami mojej cioci - efekt końcowy był zdumiewający nawet dla mnie samej:). Ale co się wymodliłam przed piekarnikiem przez te 1,5 h kiedy sernik się piekł to wiem tylko ja:). Szkoda, że w Szwecji nie mozna kupić zwykłego twarogu, bo mogłabym jeszcze się wykazać tutaj:). Ale już po głowie mnie i Ani chodził pomysł własnej produkcji sera:).
Ogólnie staram się teraz jeszcze systematyczniej niz do tej pory ruszać:). Zobaczymy co z tego wyjdzie:). Mam nadzieję, że jednak uda mi się tutaj rozbiegać bardziej niż przez ostatnie 3 lata w Warszawie;). Dziś z kolei poszłam na pierwsze zajecia z tańca nowoczesnego. Było dość delikatnie, jazzowo raczej i sympatycznie:). Moje ciało chyba jednak tęskniło za cotygodniowym wyginaniem sie i skakaniem w rytm muzyki, jakie serwowałam mu w zeszłym roku u fantastycznego pan R. z jeszcze bardziej fantastycznymi pośladkami;). Eh...:)
No tak, to tym jakże miłym wspomnieniowym akcentem zakończę na dzisiaj:). Zabieram się za czytanie, aby nie mieć zaległości gdy M. przyjedzie:).
poniedziałek, 26 stycznia 2009
Pięknie! :)
W końcu dziecko, które jest we mnie dostało, to czego chciało...:) Falun jest całe zasypane śniegiem:), ale tak, że po odśnieżaniu aż porobiły się zaspy! Jest pięknie, biało i wcale nie tak zimno. Miodzio:). W nocy też mi coś pod oknem wyrosło:).
To jedna pozytywna wiadomość. Druga jest taka, że po tygodniu intensywnej walki i wygniatania matareca w łóżku udało mi się (odpukać - puk, puk) pozbyć szwedzkiego paskudztwa. Ale szczerze przyznaje, że to był najgorszy tydzień mojego całego pobytu tutaj jak do tej pory.
Jest jeszcze trzecia, najważniejsza:). Jeszcze tylko dwa tygodnie do wylotu do Polski!:) Gdyby ktoś w sierpniu przed wyjazdem tutaj powiedział Marioli, że będzie tak dni odliczać, nie uwierzyłaby... Zresztą, nie ma się co Marioli dziwić - ja sama jeszcze nie do końca zdaję sobie z tego sprawę;).

To jedna pozytywna wiadomość. Druga jest taka, że po tygodniu intensywnej walki i wygniatania matareca w łóżku udało mi się (odpukać - puk, puk) pozbyć szwedzkiego paskudztwa. Ale szczerze przyznaje, że to był najgorszy tydzień mojego całego pobytu tutaj jak do tej pory.
Jest jeszcze trzecia, najważniejsza:). Jeszcze tylko dwa tygodnie do wylotu do Polski!:) Gdyby ktoś w sierpniu przed wyjazdem tutaj powiedział Marioli, że będzie tak dni odliczać, nie uwierzyłaby... Zresztą, nie ma się co Marioli dziwić - ja sama jeszcze nie do końca zdaję sobie z tego sprawę;).
czwartek, 22 stycznia 2009
hmm...
No i stało się... Falunowe przeziębienie dopadło mnie trzeci już raz:/. Mam nadzieję, że to już ostatni...
To mój pierwszy wpis po powrocie z Polski więc czuję sie w obowiązku niejako napisać trochę o tym co być może się zmieniło tutaj;).
To, co przede wszystkim rzuca sie w oczy to duuuużo Polaków:). Ok, faktycznie fajnych;). Natomiast reszty nowego składu Britsenowego jeszcze zbyt dobrze nie poznałam ze wględu na moją niedyspozycję obecną. Wprawdzie w
weekend miniony wielu spośród "newcomersów" było na domówce u Niemców, ale ciasnota taka, "crowded";), że nie było gdzie stopy postawić, co Marioli ewidentnie przeszkadzało.. (chyba za bardzo wygodnicka sie zrobiła;)).
To co mnie cieszy wciąż, to snieg za oknem:), który w połączeniu z temperaturą rzędu tylko kilku stopni poniżej zera daje całkiem przyjemne wrażenia:).
To może dla równowagi coś mniej miłego - złotówka się chwieje..korona szaleje.. biedniejemy tutaj niestety.. Ale cóż poradzić - jak to już kiedyś usłyszałam - zachciało się tak daleko na Północ, to proszę bardzo... No i jakos poradzić będzie trzeba:). Póki co zainwestowałam w półroczny karnet na fitness aby mniej wydawać na jedzenie. Słowem - nastąpiło przesunięcie środków;). I jeszcze sie okaże, że w końcu Mariola nauczy się rozsądnie gospodarować pieniędzmi..hehe...:D
Zapomniałabym.. Zostałam nowym bossem kitchenowym;) w mojej korytarzowej kuchni. W sumie to sama sie nim mianowałam;D Ale ktoś musi przecież czuwać nad tym, co się czasem wyczynia w A-down, bo czasem "kitchen is out of control":D.
Z ciekawostek to moze jeszcze o sylwestrze w britsen;)? Bardzo fajna impreza z tego wyszła:). Jako że Agnes chorowała w sylwestra (tego "prawdziwego") postanowiliśmy tutaj jej zorganizować party:). Jak na sylwestra przystało, były przekąski i szampan:). Z tym że z szampanem to dość "przebojowo". Najpierw robiąc zakupy totalnie zapomnieliśmy, że jednak przydałyby się bąbelki i dosłownie spod prysznica wypadłam z przerażającą myslą, ze nasz sylwetster odbędzie sie bez szampana. Ale bąbelki zdobyłam:). Z tym, ze pozbawione niemal procentów, bo na wizytę w Systembolaget było już za późno.. Kolejna przygoda bezpośrednio związana z owym brakiem procentów była taka, ze rzeczony "szampan" zamarzł kiedy chłodził się chwile w zamrażarce:D. No i o północy nie wystrzelił... Ale na szczęście na odsiecz przybyli kolejni imprezowicze z butelką "prawdziwego" szampana. I wszystko dobrze się skończyło:).
To mój pierwszy wpis po powrocie z Polski więc czuję sie w obowiązku niejako napisać trochę o tym co być może się zmieniło tutaj;).
To, co przede wszystkim rzuca sie w oczy to duuuużo Polaków:). Ok, faktycznie fajnych;). Natomiast reszty nowego składu Britsenowego jeszcze zbyt dobrze nie poznałam ze wględu na moją niedyspozycję obecną. Wprawdzie w
weekend miniony wielu spośród "newcomersów" było na domówce u Niemców, ale ciasnota taka, "crowded";), że nie było gdzie stopy postawić, co Marioli ewidentnie przeszkadzało.. (chyba za bardzo wygodnicka sie zrobiła;)).To co mnie cieszy wciąż, to snieg za oknem:), który w połączeniu z temperaturą rzędu tylko kilku stopni poniżej zera daje całkiem przyjemne wrażenia:).
To może dla równowagi coś mniej miłego - złotówka się chwieje..korona szaleje.. biedniejemy tutaj niestety.. Ale cóż poradzić - jak to już kiedyś usłyszałam - zachciało się tak daleko na Północ, to proszę bardzo... No i jakos poradzić będzie trzeba:). Póki co zainwestowałam w półroczny karnet na fitness aby mniej wydawać na jedzenie. Słowem - nastąpiło przesunięcie środków;). I jeszcze sie okaże, że w końcu Mariola nauczy się rozsądnie gospodarować pieniędzmi..hehe...:D
Zapomniałabym.. Zostałam nowym bossem kitchenowym;) w mojej korytarzowej kuchni. W sumie to sama sie nim mianowałam;D Ale ktoś musi przecież czuwać nad tym, co się czasem wyczynia w A-down, bo czasem "kitchen is out of control":D.
Z ciekawostek to moze jeszcze o sylwestrze w britsen;)? Bardzo fajna impreza z tego wyszła:). Jako że Agnes chorowała w sylwestra (tego "prawdziwego") postanowiliśmy tutaj jej zorganizować party:). Jak na sylwestra przystało, były przekąski i szampan:). Z tym że z szampanem to dość "przebojowo". Najpierw robiąc zakupy totalnie zapomnieliśmy, że jednak przydałyby się bąbelki i dosłownie spod prysznica wypadłam z przerażającą myslą, ze nasz sylwetster odbędzie sie bez szampana. Ale bąbelki zdobyłam:). Z tym, ze pozbawione niemal procentów, bo na wizytę w Systembolaget było już za późno.. Kolejna przygoda bezpośrednio związana z owym brakiem procentów była taka, ze rzeczony "szampan" zamarzł kiedy chłodził się chwile w zamrażarce:D. No i o północy nie wystrzelił... Ale na szczęście na odsiecz przybyli kolejni imprezowicze z butelką "prawdziwego" szampana. I wszystko dobrze się skończyło:).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



