No i powoli ku końcowi zbliża się Erasmusowa przygoda Marioli w szwedzkim Falun... Wczoraj ostatnia impreza w tutejszym klubie studenckim. Zresztą, o dziwo, bardzo udana - z bandem na żywo, grajacym dobrą muzykę do poskakania i do tańca też:). Część Erasmusów już wyjechała, pozostali wyjeżdzają "na dniach".
Co mnie tylko lekko irytuje, to trochę nazbyt przesadzona atmosfera "rzewliwości" i wypowiadania przez niektórych słów w stylu, że oto niemal koniec świata nadchodzi w postaci kończącego się pobytu na Erasmusie, jak to nie będą za wszystkimi tęsknić i jak to wszystkich pokochali, łącznie z naszym Britsen... Ja to wszystko rozumiem, że piękny okres, że wspaniali ludzie. Ale to jest tylko jakiś kolejny etap w życiu, który nie trwa wiecznie (i świetnie, bo przecież trzeba iść do przodu). Wspaniała przygoda, która ma swój początek okraszony pewnymi obawami co do jej przebiegu i nieuchronnie ma swój koniec związany z pożegnaniami i powrotem do pozostawionej gdzies w innym zupełnie miejscu na Ziemi rzeczywistości albo początkiem poszukiwania dla siebie kolejnego miejsca... Inna sprawa, że nie można wszystkich kochać i deklarować nieustannej tęsknoty... Zdaję sobie sprawę, ze poziom sentymentalizu we mnie zbliża się nieuchronnie w tym momencie ku wartości zerowej niemal, ale jakoś wydaje mi się, że takie podejście jest po prostu zdrowsze. Wcale to nie znaczy, że nie doceniam wspaniałych ludzi, których tu spotkałam czy też których w ogóle spotykam na swojej drodze. Wręcz przeciwnie - doceniam i cieszę się niesamowicie, że dane było mi ich poznać, czegoś sie od nich nauczyć i po prostu spędzić z nimi cudowne chwile... I na pewno ich nie zapomnę:). A moze to chodzi po prostu o forme..? Może lepiej i bardziej "treściwie" powiedzieć komuś, że miło było go poznać, niż że będzie się tęsknić..? Świat już tak jest skonstruowany, że spotyka się w życiu naprawdę niezliczoną liczbę nowych osób. Sensem byłoby tęsknić za wszystkimi i na to tracić energię zamiast przeznaczać ja na poznawanie kolejnych i cieszenie się ich obecnością..? Jak dla mnie - wątpliwym..
No to się Mariolce rozpisało..;) Ale proszę też ją trochę zrozumieć, bo korzysta ona jeszcze z ostatnich już możliwości wypowiadania się na tym blogu, który już za kilka dni otrzyma ostatni, pożegnalny wpis...
Bo naprawdę na Mariolę już czas. Czas wracać i na nowo zabierać się za pozostawione "regularne" życie w Warszawie. To wyzwanie na teraz - zacząć jakąś konstruktywną pracę, sensownie popracować nad magisterką dla uroczej Pani Promotor z IPS:), potem jesienną porą włączyć w to jeszcze studia (jakoś Marioli kodeksów brakuje nawet;)) i w tym wszystkim mieć czas dla Tych, dla których z racji pobytu tutaj nie było go ostatnimi miesiącami za wiele. I tę całość jeszcze dzielić z Mężczyzną, z którym niestety dzieli Mariolę odległość fizyczna... Coś czuję, że łatwo nie będzie..;) Ale na pewno ciekawie i na wysokich obrotach:).
niedziela, 7 czerwca 2009
sobota, 6 czerwca 2009
Bzowo - końcowo.
wtorek, 2 czerwca 2009
Bzowo.
Dokładnie tak...:) Dzisiaj korespondecja z biblioteki w przerwie analizy przemyśleń T. Marshalla nad istotą obywatelstwa. Bo Mariola pisze jeszcze swą szwedzką magisterkę.. Z małym przesunięciem, acz na luzie już absolutnym, czemu (w sensie - luzowi) sprzyjała pogoda ostatnich dni - typowo szwedzkie upalne lato;). Sunbathing 2009 zatem już rozpoczęty;).
Koniecznie chciałam o czymś, aby mi nie umknęło... Bez... O bzie w Falun słów kilka. Kwitnie później nieco niż w Polsce, zresztą jakoś specjalnie sobie nim głowy nie zawracałam, chociaż bardzo lubię (nawet bzowych perfum się dorobiłam;)), dopóki któregoś majowego wieczoru w drodze powrotnej z treningu jakiś zapach zaczął mnie niesamowicie dusić... Zrzuciłam to na karb alergii, która niestety w Falun zaczęła postępować (jak to określiła Kakolka - w wyniku intensywniejszego jednak niż w stolicy kontaktu z naturą...), ale całą noc myślałam, że przecież ten zapach nie był mi obcy. No i wymyśliłam, a w zasadzie skojarzyłam gdy następnego dnia szłam do miasta (czego długo wczesniej nie robiłam ze względu na próby skupienia sie na pisaniu pracy mgr) i zobaczyłam, że krzewy przy ulicach i ścieżkach, wszędzie niemal skapane są w niesamowitym fiolecie w różnych odcieniach, gdzieniegdzie poprzeplatanym jasnym, kremowym prześwitem... Zachwyt to chyba odpowiednie słowo, aby określić to, co Mariola czuła..;) Bzowy raj:). Muszę jeszcze tylko porwać aparat na małą wycieczkę po bzowych ścieżkach, aby co nieco z nich pozostało:).
Koniecznie chciałam o czymś, aby mi nie umknęło... Bez... O bzie w Falun słów kilka. Kwitnie później nieco niż w Polsce, zresztą jakoś specjalnie sobie nim głowy nie zawracałam, chociaż bardzo lubię (nawet bzowych perfum się dorobiłam;)), dopóki któregoś majowego wieczoru w drodze powrotnej z treningu jakiś zapach zaczął mnie niesamowicie dusić... Zrzuciłam to na karb alergii, która niestety w Falun zaczęła postępować (jak to określiła Kakolka - w wyniku intensywniejszego jednak niż w stolicy kontaktu z naturą...), ale całą noc myślałam, że przecież ten zapach nie był mi obcy. No i wymyśliłam, a w zasadzie skojarzyłam gdy następnego dnia szłam do miasta (czego długo wczesniej nie robiłam ze względu na próby skupienia sie na pisaniu pracy mgr) i zobaczyłam, że krzewy przy ulicach i ścieżkach, wszędzie niemal skapane są w niesamowitym fiolecie w różnych odcieniach, gdzieniegdzie poprzeplatanym jasnym, kremowym prześwitem... Zachwyt to chyba odpowiednie słowo, aby określić to, co Mariola czuła..;) Bzowy raj:). Muszę jeszcze tylko porwać aparat na małą wycieczkę po bzowych ścieżkach, aby co nieco z nich pozostało:).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




