A miało być tak pięknie...jak to Happysad jeden ze swych utworów rozpoczyna... No i co? Odpowiedź pozwolę sobie ocenzurować;).
Wstałam dziś 5h(!) po moim budziku, który, co rzadko się zdarza, osobiście wyłączyłam... Miałam iść do biblioteki w poszukiwaniu naukowego klimatu, który w Falun tylko tam odnajduję, jakże odmiennie niż w Warszawie, no i faktycznie wybrałam się tam, tylko... Tylko, no właśnie... Na wieszaku w przedpokoju zostawiłam kurtkę przeciwdeszczową, ubrałam się w lekką wiosenna kurteczkę bo pogoda za oknem wydawała sie sprzyjająca i po śniadanku i kawce wyruszyłam w drogę.. I co..? I okazało się, a jakże, że wszelkie wynalazki i jakieś tam śmieszne membrany pakowane w nowoczesne kurtki być może się i sprawdzają w warunkach takich, gdy kapuśniaczek zmienia się jak na złość w regularną ulewę, ale pod jednym wszakże warunkiem... Trzeba tę kurtkę mieć na sobie, a nie na wieszaku w przedpokoju...;)! Tak więc do biblioteki nie doszłam, bo lało się ze mnie tak, że do samego jej zamknięcia nie zdążyłabym sie wyszuszyć, o skupieniu na lekturze nie mówiąc nawet.. Dobrze, że nikogo nie było na wybranej przeze mnie ścieżce, to mogłam się słownie wyżyć i sobie nieco ulżyć, co nie zmienia faktu, że zamarzył mi się znowu kick boxing..;)
Chyba jednak muszę jakieś ujście dla tych negatywnych emocji znaleźć, tym bardziej, że termin oddania pracy zbliża się nieubłagalnie, a ja coraz bardziej zbliżam się do stwierdzenia, że za mało przeczytałam, za mało wiem i jak mam oddać bubla, to może lepiej poczekać do września.. Eh, muszę to jakoś wykorzenić, no bo jednak miło byłoby już 6 czerwca świętować koniec roku akademickiego, który, o zgrozo, rozpoczął się przecież jeszcze pod koniec sierpnia ubiegłego roku. Zatem - kończ, waść, wstydu oszczędź:).
Ale miało być o bibliotece... Biblioteka uniwersytecka w Falun nie różni się specjalnie od innych bibliotek, choć pod względem powierzchni i liczby woluminów do BUWu jej zdecydowanie daleko.. Co natomiast jest bardzo pozytywne i charakterystycze, nie tylo dla tej jednej biblioteki w Szwecji, że można bez problemu, bez żadnych dodatkowych opłat korzystać z wypożyczeń międzybibliotecznych. Wystarczy jedynie wypełnić gotowy formularz na stronie www. i czekać, aż bibliotekarz znajdzie, w zbiorach jakiej biblioteki dana pozycja się znajduje, zamówi ją, wyśle maila z informacją, że książka już czeka na półce w bibliotece. Trwa to naprawdę stosunkowo niedługo, bo ok. tygodnia, gdy nie ma problemu z dostępnością danej książki w innych bibliotekach. Można w ten sam sposób zamawiać artykuły z czasopism naukowych, wtedy jednak obowiązuje opłata 20 koron, ale otrzymuje się kserokopię na własność. Swoją drogą, ciekawa jestem, jak rozwiązują tutaj problem praw własności intelektualnej, skoro jest to jednak, bądź co bądź, oficjalny obieg materiałów naukowych. W każdym razie - tutejsze mechanizmy biblioteczne bardzo mi odpowiadają. Dodatkowym plusem jest brak limitów ilościowych na kontach czytelników. Wolumin można przedłużyć nieskończoną ilość razy, dopóki ktoś inny nie zamówi danej książki, co na zdrowy rozum, jest niesamowicie rozsądne, bo po co jakaś książka ma się kurzyć na półce, skoro komuś jest przez dłuższy czas potrzebna? Eh, jakoś sobie nie potrafię póki co wyobrazić żadnej polskiej bibliioteki uniwersyteckiej działającej w sposób tak przyjaźnie nastawiony do studenta. A szkoda.
A tak jeszcze nawiązując do początkowej części posta - oczywiście jak już doszczętnie przemokłam i lało się ze mnie, deszcz zelżał...a gdy tylko weszłam z powrotem do pokoju, aby się wysuszyć, przestało padać... I jak tu się nie irytować..;)?
piątek, 22 maja 2009
środa, 20 maja 2009
O systemach, o-presji i innych przyjemnościach..;)
Hmm....
Znów minęło sporo czasu od ostatniego postu... Tego dedykuję Czytelnikom, którzy mnie motywowali i zmotywowali ostatecznie dzisiaj do napisania czegoś;). Zatem kakao w kubek, Michałek z Polski do ust i zaczynamy...;)
W zasadzie powinna Mariola teraz pracować nad ukończeniem - wróć, co ja mówię - nad rozpoczęciem procesu pisania pracy magisterskiej. Idzie średnio, koncepcję niby Mariola ma, feministyczny pazur chce wysunąć (co było do przewidzenia jednak;)) i "ugryźć" teorię obywatelstwa socjalnego w perspektywie genderowej, bo Marshall o niej, zdaje się, że "zapomniał";). I naprawdę, to wcale nie jest takie nudne, jakim się wydaje być, a wręcz przeciwnie - ciekawe jak diabli, zwłaszcza gdy dorzuci się do tego szczyptę teorii opresji I. M. Young i można się przy okazji "napuszyć" i nakręcić antymaskulinistycznie nieco;D. Zatem to chyba nie kwestia tematu, ale czegoś innego...
Zachodzi Mariola w głowę od jakiegoś już czasu, co może mieć aż tak destrukcyjny wpływ na organizację (ok, umówmy się - brak jakiejkolwiek organizacji) pracy? W kręgu głównych podejrzanych znajduje się szwedzki system szkolnictwa wyższego i reguły, jakie obowiązują na uczelni. Sam jesteś sobie sterem - ok, brzmi fajnie i ciekawie, ale jak człowiek przywykł już porządnie do systemu egzaminowo-sesyjnego i przesiąkł atmosferą polskiej uczelni, gdzie jednak wskazane jest trzymanie się narzuconych schematów organizacyjnych i gdzie student bardziej jest jednak "prowadzony za rączkę". Tutaj chcą nas samodzielnych - i świetnie. Mariola jest za, ale jakoś ciężko czasem wykorzenić różne nawyki polskiego pochodzenia...
Kolejna rzecz jest taka, że jednak częste, a na pewno częstsze niż się Mariola spodziewała, odwiedziny w Polsce trochę tę nieuporządkowaną organizację jeszcze bardziej "rozpracowują". Jakby to jakiś wróg miał być co najmniej;). Nie żeby Mariola narzekała - co to, to nie!:) Szczęśliwa jest jak nigdy:) - to jedynie obiektywne w miarę spostrzeżenie, że jakiś wpływ na dezorganizację może to mieć;). Zresztą, nie jest to chyba aż tak istotne... Deadline się zbliża, to i organizacja się poprawi;), a po powrocie do stolicy będzie chodzić jak dawniej:).
W sumie to mogłabym już powoli odliczać dni do wylotu ostatecznego, bo bilet już zakupiony i nie ma odwrotu:). I znów będzie problem z zapakowaniem dobytku w 40 kg bagażu... Tyle wywiozłam już, tyle osób obdarowałam częścią swojego dobytku, a tu jeszcze może być problem.. Eh...ale wkońcu co państwo dobrobytu, to państwo dobrobytu:D. Welfare state is welfare state;).
Płynnie udało mi się przejść do zasygnalizowania jednego z najwspanialszych tygodni pobytu w Szwecji, gdy na wizytację do kraju Trzech Koron udało się czteroosobowe przedstawicielstwo IPSu (reprezentacja Ekipy niepełna, ale większościowa;)). Co się działo, niech pozostanie między uczestnikami i tymi, którzy zostali bądź też zostaną dopuszczeni do tej wiedzy na prawie przywileju;). Grunt, że dzięki duuuużej dozie humoru, momentami przeistaczającego się w opary absurdu, udało się Ekipie przetrwać blisko tydzień, podróżując non-stop tym samym autem, śpiąc w jednym domku (czasem na jednym łóżku;)) i spożywając razem posiłki (upływające pod znakiem pasztetu i kabanosa;)) bez znaczących "zgrzytów". Ponad 2000 km przebytych wspólnie, okraszonych początkowo lekkim szokiem, że wynajęte auto może "tyle" palić;) wiodło przez Sztokholm, wschodnie wybrzeże Szwecji, Olandię (dla mnie jeden z najlepszych punktów;)), Wielkie Szwedzkie Jeziora, Falun aż po granicę norweską i najwyższy szwedzki wodospad Njupeskär. Pięknie było! Za co niniejszym, na łamach tego skromnego periodyku blogowego dziękuję sprawcom, współsprawcom i podżegaczom tej wyprawy:).
Znów minęło sporo czasu od ostatniego postu... Tego dedykuję Czytelnikom, którzy mnie motywowali i zmotywowali ostatecznie dzisiaj do napisania czegoś;). Zatem kakao w kubek, Michałek z Polski do ust i zaczynamy...;)
W zasadzie powinna Mariola teraz pracować nad ukończeniem - wróć, co ja mówię - nad rozpoczęciem procesu pisania pracy magisterskiej. Idzie średnio, koncepcję niby Mariola ma, feministyczny pazur chce wysunąć (co było do przewidzenia jednak;)) i "ugryźć" teorię obywatelstwa socjalnego w perspektywie genderowej, bo Marshall o niej, zdaje się, że "zapomniał";). I naprawdę, to wcale nie jest takie nudne, jakim się wydaje być, a wręcz przeciwnie - ciekawe jak diabli, zwłaszcza gdy dorzuci się do tego szczyptę teorii opresji I. M. Young i można się przy okazji "napuszyć" i nakręcić antymaskulinistycznie nieco;D. Zatem to chyba nie kwestia tematu, ale czegoś innego...
Zachodzi Mariola w głowę od jakiegoś już czasu, co może mieć aż tak destrukcyjny wpływ na organizację (ok, umówmy się - brak jakiejkolwiek organizacji) pracy? W kręgu głównych podejrzanych znajduje się szwedzki system szkolnictwa wyższego i reguły, jakie obowiązują na uczelni. Sam jesteś sobie sterem - ok, brzmi fajnie i ciekawie, ale jak człowiek przywykł już porządnie do systemu egzaminowo-sesyjnego i przesiąkł atmosferą polskiej uczelni, gdzie jednak wskazane jest trzymanie się narzuconych schematów organizacyjnych i gdzie student bardziej jest jednak "prowadzony za rączkę". Tutaj chcą nas samodzielnych - i świetnie. Mariola jest za, ale jakoś ciężko czasem wykorzenić różne nawyki polskiego pochodzenia...
Kolejna rzecz jest taka, że jednak częste, a na pewno częstsze niż się Mariola spodziewała, odwiedziny w Polsce trochę tę nieuporządkowaną organizację jeszcze bardziej "rozpracowują". Jakby to jakiś wróg miał być co najmniej;). Nie żeby Mariola narzekała - co to, to nie!:) Szczęśliwa jest jak nigdy:) - to jedynie obiektywne w miarę spostrzeżenie, że jakiś wpływ na dezorganizację może to mieć;). Zresztą, nie jest to chyba aż tak istotne... Deadline się zbliża, to i organizacja się poprawi;), a po powrocie do stolicy będzie chodzić jak dawniej:).
W sumie to mogłabym już powoli odliczać dni do wylotu ostatecznego, bo bilet już zakupiony i nie ma odwrotu:). I znów będzie problem z zapakowaniem dobytku w 40 kg bagażu... Tyle wywiozłam już, tyle osób obdarowałam częścią swojego dobytku, a tu jeszcze może być problem.. Eh...ale wkońcu co państwo dobrobytu, to państwo dobrobytu:D. Welfare state is welfare state;).
Płynnie udało mi się przejść do zasygnalizowania jednego z najwspanialszych tygodni pobytu w Szwecji, gdy na wizytację do kraju Trzech Koron udało się czteroosobowe przedstawicielstwo IPSu (reprezentacja Ekipy niepełna, ale większościowa;)). Co się działo, niech pozostanie między uczestnikami i tymi, którzy zostali bądź też zostaną dopuszczeni do tej wiedzy na prawie przywileju;). Grunt, że dzięki duuuużej dozie humoru, momentami przeistaczającego się w opary absurdu, udało się Ekipie przetrwać blisko tydzień, podróżując non-stop tym samym autem, śpiąc w jednym domku (czasem na jednym łóżku;)) i spożywając razem posiłki (upływające pod znakiem pasztetu i kabanosa;)) bez znaczących "zgrzytów". Ponad 2000 km przebytych wspólnie, okraszonych początkowo lekkim szokiem, że wynajęte auto może "tyle" palić;) wiodło przez Sztokholm, wschodnie wybrzeże Szwecji, Olandię (dla mnie jeden z najlepszych punktów;)), Wielkie Szwedzkie Jeziora, Falun aż po granicę norweską i najwyższy szwedzki wodospad Njupeskär. Pięknie było! Za co niniejszym, na łamach tego skromnego periodyku blogowego dziękuję sprawcom, współsprawcom i podżegaczom tej wyprawy:).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



