środa, 29 października 2008

Pierwszy psi bobek i pierwszy śnieg;)

To żeby nie było tak tajemniczo, mówię od razu o co chodzi;). Śnieg spadł, i owszem, ale w Borlange, 20km od Falun. U mnie pada dzisiaj niestety deszcz, ale liczę na to, że niedługo będę mogła się nacieszyć już śniegiem - przynajmniej powinno się wtedy zrobić widniej;).

Co do psich kup... Szwedzi nie są takimi fanami psów, jak Polacy, co wynika z wielu czynników,a le nie będę tutaj wykładu robić. W każdym razie niewielu jest właścicieli czworonogów przechadzajacych się po mieście czy terenach zielonych, a jeśli już taki Szwedz wybierze się na spacer, to koniecznie po psie swoim sprząta! (Ach, tak mi się Warszawa przypomniała... - zastanawia mnie co gorsze - potop szwedzki czy potop psich odchodów, który obejmuje we władanie stolicę w okresie roztopów..;)?). Wracając do Falun, chyba dwa dni temu szłam sobie z Asia jedną z głównych uliczek w centrum miasteczka i zobaczyłam na bruku coś, z czego zdałam sobie sprawę dopeiro dobrą chwilę później, bo cieżko było mi w to uwierzyć... Na kocich łbach Asgatan leżała psia kupa! Niesamowite, jakiego szoku może człowiek w takiej chwili doznać..;) Moje przypuszczenie jest takie, że właściciel tego stworzenia, które zostawiło bobka na ulicy nie mógł byc Szwedem.

To może jeszcze o Szwedach trochę, bo to wdzięczny temat;). Ich szacunek do prawa i wszelkich regulaminów, regulacji itp. jest niezwykły.
Dobrą ilustracją tego będzie mała historyjka z życia wzięta. Otóż pewnego piątku wybrał się pewien szedzki student z grupą znajomych do Karen - miejsca, gdzie w piątki imprezują studenci. Jako, że Karen należy do tutejszego zrzeszenia studentów, aby wejść do środka należy okazać kartę poświadczającą wpłatę opłaty członkowskiej i dokument potwierdzający tożsamość i wiek. Kolejna cecha imprez w Karen jest taka, że w roli DJów pojawiają się studenci należacy do Falunowego zrzeszenia. Tak się złożyło, że ów rzeczony Szwed grywał kilkakrotnie już na piątkowych imprezach. Feralnego wieczoru zapomniał jednak karty studenckiej i nie było przebacz. A przecież ochroniarze i zwłaszcza ekipa obsługująca cały przybytek (też studenci-wolontariusze) znali go wcześniej. N
ie jest mi trudno wyobrazić sobie, ze w tej sytuacji w polskim klubie jednak taka osoba wchodzi. A tutaj to nie przejdzie. Regulamin jest regulaminem.

środa, 22 października 2008

Jag talar lite svenska;)

Haha, dzisiaj (wczoraj już;)) Mariola miała egzamin ustny ze szwedzkiego. Na 9. rano(!). W grupie z Litwinem i Wietnamką. Jak jeszcze Litwina dało się jakoś zrozumieć (w sumie to nic dziwnego - piliśmy już kiedyś pędzony przez niego bimber;)), to szwedzki w wydaniu wietnamskim brzmiał niemal po chińsku. Swoim kaleczeniem się chwalić nie będę;).

Obecnie przeniosłam się duchem do Krakowa razem z moim ukochanym Marcinem Kydryńskim i jego siestą... Hmm... ależ mi się marzy takie posiedzenie w knajpce z cudowną muzyką... Kraków też chętnie bym odwiedziła, bo i dlaczego nie;). O Warszawie nie wspomnę:).

Miniony weeken obfitował w szaleństwa Britsenowe. Wymyślone przez naszą polską kobiecą ekipę Fancy Dress Party okazało się być strzałem w dziesiątkę. Ludziska dopisali niesamowicie i wykazali się wszyscy przy tym niemałą kreatywnością, bo jednak w Falun nie ma nieogranizonego dostępu do wszystkiego i możliwość zakupu czy zorganizowania czegoś jest niewielka. Ale jednak dla studentów nie ma nic niemożliwego. Były więc wampiry, śmierć z kosą, gejsze, politycy, biznesmeni, żaby, anioły, robokop, wiedźmy, kowboje, narkomani... Całe mnóstwo najróżniejszych postaci. Oczywiście największa furorę zrobił sześcioosobowy Polish Cleaning Team organizaujący imprezę;). W sumie to ta cała koncepcja z przebraniem miała sporo sensu, bo następnego dnia trzeba było posprzątać cały bałagan po wszystkich.

Zapomniałam sie chyba czymś pochwalić - jakiś czas temu odwiedziłam w końcu osławiony Systembolaget w celu nabycia alkoholu. I całkiem pozytywnie zaskoczyły mnie ceny winnych trunków - Concha Y Toro i Jacob's Creek dostępne nawet kilka zł taniej niż w Polsce. A w sumie, to dlaczego mnie to dziwi, skoro w Polsce są jedne z najdroższych win... Ech, w każdym razie ucieszyła się wtedy moja buzia, że jednak z ulubionego napoju nie muszę rezygnować, a nawet mam szansę popróbować czegoś nowego. Szkoda tylko, że nic gruzińskiego na półkach nie stało... Będę musiała nadrobić podczas pobytu w Warszawie i udać się do sympatycznego pana z Wine House w Wileniaku;).

I chyba z racji coraz krótszych dni (niestety nadeszły..) znów bardziej będę sympatyzować z trunkami w mojej ukochanej barwie;). Właśnie - słońca mi brakuje ostatnimi dniami. Dzisiaj po przebudzeniu się o 7:30 z przerażeniem stwierdziłam, że jest ciemno jeszcze....

Może trzeba będzie jakieś gorące południowe klimaty odwiedzić w zimie..;)?

A właśnie... Niedługo już listopad i nad sylwestrem tegorocznym trzeba już myśleć...:)

A póki co, położę się chyba spać wczesniej niż zwykle:)

wtorek, 14 października 2008

Wycieczki, kosteczki i inne przygody

Dlaczego ten czas tak mi przez ręce tutaj ucieka? Śpię, idę na zajecia (jeśli je mam;)), gotuję, jem, gadam, plotkuję, bawię się i tańczę, czasem pobiegam, czasem coś poczytam, ale w sumie nic konstruktywnego nie robię, a czas uciekaaaaa... Nie podoba mi się to, o nie. Chyba trochę brakuje mi mojego warszawskiego organizera, w którym każdy dzień zazwyczaj zapakowany był od rana do późnego wieczora. Nie za wcześnie za tym tęsknie;)?

Do rzeczy Mariola. Po bardzo intensywnym weekendzie przyszedł czas, aby znowu coś napisać:).
Sobota miniona upłynęła pod znakiem Uppsali - najstarszego ośrodka uniwersyteckiego w Szwecji, do której zaprosił nas na wizytę do swojego domu nasz prof. prowadzący kurs o kulturze szwedzkiej, co o tyle jest niespotykane, że w Szwecji raczej nie jest powszechne zapraszanie ludzi do domu (poza wąskim gronem najbliższych przyjaciół). No ale - prof. Tekeste jest Etiopczykiem;), tyle że ożenionym ze Szwedką. Do tego bardzo sympatyczną i niesamowicie otwartą. Tak więc grupą 24 osób zrobiliśmy studencki najazd na XVIIIw. dom profesora (wynajmowany od Uniwersytetu), w którym królowały książki:). Lunch pomyślany został na nutę włoską - pasta z pomidorami i sałata do tego. Współprzyrządzane przez nas;). Dobrze, że mieliśmy w gronie naszym chociaż jednego Włocha, który mógł czuwać nad wszystkim. Nieważne, że sam się przyznawał, że kuchnia to nie jego królestwo;). Wyszło pysznie. A na deser wyśmienita kawa i ciemna czekolada, czyli to, co Mariolki lubią najbardziej;).

Zaczerpnęliśmy więc Uppsalowego powietrza, które to jednak różni się nieco od tego w Falun, bo miasto jednak większe i więcej studentów w nim można spotkać .Z ciekawostek typowo studenckich można dorzucić, że za 50 koron można przez całą noc bawić się we wszystkich 13 studenckich klubach, które znajdują się w centrum miasta. Moja trzyosobowa ekipa udała się jednak ostatnim pociągiem powrotnym do Falun. Nie do końca przespana noc dawała się bardzo we znaki. Tym bardziej w pociągu, bo nie było już wolnych miejsc siedzących, a Mariola poza tym nie miała nawet biletu, bo zwyczajnie już nie było. Tak się jednak szczęśliwie złożyło, że po jakiejś pół godziny spędzonej na dywanie za siedzeniami (notabene dokładnie w tym samym miejscu podróżowały nasze walizki, gdy przybywałyśmy do Falun pociągiem w sierpniu;)) udało nam się zająć jakieś zwolnione miejsca. A z racji tego, że nikt z obsługi pociągi nie przychodził przez długi czas na kontrolę biletów udało mi się też sporo zaoszczędzić na bilecie, który kosztuje sporo więcej, gdy jest kupowany w pociągu. Natomiast po przesiadce w Borlange do Falun (jedna stacja 20 min. jazdy) konduktor pytający o bilety na moje stwierdzenie, że chciałabym kupić bilet do Falun poprosił abym raz jeszcze powtórzyła mu, gdzie chcę jechać, po czym uśmiechnął się i poszedł dalej. Ach, ma się ten urok;).
Po męczacej drodze powrotnej jedyne, o czym Mariola marzyła to był gorący prysznic w przepysznym kakaowym żelu z Ives Rocher i ułożenie się do łóżeczka. Co też uczyniłam, nie przeszkadzając sobie w spaniu przez kolejnych 13h.

A teraz pora w końcu sie trochę wziąć za naukę, bo już za tydzień mam ustny egzamin ze szwedzkiego (dobre sobie;)) i koniec kursów się nieuchronnie zbliża, co oznacza, że trzeba oddać też końcowe prace. Ojej, ojej.

Dzisiaj z kolei Mariola zarobiła swoją pierwszą zapłatę za pracę wykonaną na ziemi szwedzkiej;). Po dobrych kilku, a może nawet więcej niż kilku miesiącach przerwy znowu sięgnęłam po nożyce fryzjerskie. I po raz kolejny doświadczyłam, że sprawia mi przyjemność zabawa nimi. Może z tą zabawą trochę przesadziłam;), ale jednak. Lubię. Odważna Ania, której podcinałam włosy wyszła ode mnie zadowolona;), a przy okazji dostałam jeszcze kolejne zgłoszenia. Och, już się doczekać nie mogę;).

Książka do szwedzkiego chyba właśnie do mnie przemówiła;). Pora zrobić coś konstruktywnego.

sobota, 4 października 2008

Id al-Fitr i Oktoberfest w Falun

Znowu Mariola się zaniedbała w pisaniu. Mariola przeprasza. Siebie samą też. Małym wytłumaczeniem niech będzie, że dużo się po prostu działo w ostatnim czasie. Na przykład Mariola duuuuużo spała. O tak - warszawskie łóżko pewnie byłoby zdziwione, gdybym tak długo w jednym podejściu na nim sie wylegiwała i samo zaczęłoby mnie sprężynami wykopywać;). Na szczęście falunowe nie zna wcześniejszego mariolkowego trybu życia i nie robi problemów w tym względzie, a wręcz przeciwnie;).

W samym Britsen działo się mnóstwo ciekawych rzeczy. Tydzień temu akademik przeżywał oblężenie różnych dziwnych postaci rodem z lat 80. bo motywem przewodnim imprezy były właśnie te lata. Niektórzy naprawdę nieźle się wczuli;).

We wtorek z kolei pierwszy raz w życiu miałam okazję wziąć udział w Id al-Fitr (święto na zakończenie Ramadanu). A więc kolacja z tradycyjnymi pakistańskimi potrawami - pyyyyszne, baaaaardzo dobrze przyprawione mięsko i dużo różnych dodatków w postaci warzyw i specjalnie przygotowywanych naleśnikopodobnych placków;). No i ciekawostki w postaci słodkiego zielonego ryżu i niesamowicie żółtego deseru, który smakował wręcz nieziemsko. Mniam, mniam. Natomiast na kolacji sie nie skończyło. Potem brzmiąca egzotycznie muzyka i tańce. Co było o tyle specyficzne, że pewnie było tam ok. 40 Pakistańczyków płci męskiej jedynie i w pewnym momencie tylko 5 kobiet - Polek. W sumie można było doświadczyć tego, jak czuje się zwierzyna otoczona przez myśliwych.... Ale bogatsze jesteśmy w nowe doświadczenia:) I w sumie nie było tak strasznie;).

Na nasza prośbę Pakistańczycy (niech będzie, że trzech;)) przygotowali nam następnego dnia tego pysznego pikantnego kurczaka, a wczoraj w ramach rewańzu zamieniłyśmy z Asią moją kuchnię w fabrykę ruskich pierogów;). Wyszły pyszne, chociaż miałyśmy małe problemy ze skompletowaniem składników, bo jak się okazuje w Szwecji nie znają czegoś takiego jak pospolity twaróg. Tak więc ukochanego sernika nie ma z czego niestety zrobić. Z farszem do pierogów udało sie o tyle, że po dokładnym obejrzeniu wszystkich w miarę miękkich serów w lodówce znlazłam coś, co w konsystencji przypominało twaróg, a było jakimś serem sałatkowym odrobinę podobnym do fety, ale mniej słonym.

Wieczorem natomiast w Karen (Student Union House) świętowaliśmy Oktoberfest. Z bawarskimi barmanami i szerokimi uśmiechami.

Kończę, bo skończyły mi się chipsy i nie mam skąd natchnienia więcej czerpać;).

A gdyby ktoś szukał czegoś na umilenie szarych jesiennych dni, polecam Milly Quezada i utwór "Caro";).