Znów zmieniłam miejsce pobytu na Falunowe. Gdy weszłam do pokoju, ucieszyłam się, że przed wyjazdem posprzątałam, bo aż miło mi się zrobiło gdy przywitało mnie przejrzyste, uporządkowane wnętrze. Chyba zatem jeszcze jest cień szansy, że wyleczę się choć trochę z mojego wiecznego bałaganiarstwa;).
Jako że wróciłam późno i byłam po całym dniu podróży zmęczona poszłam wcześnie spać:). Miałam zamiar umknąć powracającym z piątkowej imprezy imprezowiczom, ale zdradziły mnie odsłonięte żaluzje:D i przed snem jeszcze miłe powitanie z lubelskimi erasmusami, którzy postanowili z rzeczonej imprezy wrócić wcześniej:).
Dzięki pobudce M. udało mi się dziś podnieść z łóżka przed 8. (jest sobota:)) i jest to kolejna zmiana, która bardzo mi odpowiada:). Tym bardziej, że Falun już nie jest tak jak zimową porą odłączone przez większość dnia od światła słonecznego, ale właśnie od samego rana wita mnie przez szybę promieniami słońca:). Byłam też trochę zdziwiona, kiedy tuż po opuszczeniu ciepłego pociągu (22:30) przywitał mie delikatny, ciepły wiaterek, podczas gdy w moich Siedliskach wieczorową porą chwytał jeszcze przymrozek i pierwszy przydomowy wieczorny grill skończył się przemarzniętymi paluszkami...
Rzecz niepocieszająca jest taka, że mam meeeeega zaległości:/. W życiu chyba aż tak nie miałam... Natomiast jest też tak, że szczególnie mi tego nie szkoda... Mam nadzieję, że dam radę nadrobić, tym bardziej, że teraz już w ogóle regularnych zajeć nie mam. A czas spędzony w Polsce w Warszawie, w domu i we Wrocławiu wart był tego, aby się, delikatnie mówiąc - zaniedbać:P. Inna rzecz jest taka, że po prostu nie potrafię już jakoś skupić się w domu, a widując się z M. tak rzadko jak to ma miejsce, to po prostu grzechem byłoby pisanie jakiejś pracy;). Dlatego też nadrabiałam już w drodze powrotnej, kończąc jedną z zadanych prac w ciągu 1,5 h w Macu na lotnisku, podczas gdy nie mogłam jej dokończyć przez cały poprzedni tydzień:/!
Zbieram się teraz w sobie intensywnie, aby przed poniedziałkowym wyjazdem do Sztokholmu na spotkanie całej Załogi IPS skończyć choć część tego, co mam do zrobienia:).
A potem....? Potem musi być fajnie:) Jeden samochód, jeden facet, cztery fajowe babeczki i... Szwecyja:)
sobota, 25 kwietnia 2009
czwartek, 2 kwietnia 2009
Refleksyjnie z żonkilami w tle;)
No i przyszedł kwiecień... Nie będę się już usprawiedliwiać nawet sama przed sobą, dlaczego tak długo nie mogłam się zebrać z nową notką na blogu. Tak wychodziło po prostu, a może raczej nie wychodziło;).
Dzisiaj jednak coś mnie natchnęło... Mam wrażenie, że to skumulowany efekt wiosennej już bardzo pogody (choć śnieg jeszcze spokojnie sobie leży, delikatnie dając się jedynie podtopić odważniejszemu już coraz bardziej słońcu) i niesamowitego zapachu, jaki sobie zafundowałam w pokoju odżałowując 10 koron na doniczkę pięknych żonkili:). Aż nawet wysprzątałam dokładnie pokój by zapach mógł się rozgościć w jak najlepszych warunkach:).
Na chwilę obecną niemal już skończyłam wszelkie "regularne" zajęcia na uniwerku Falunowym, pozostało napisanie pracy końcowej z ostatniego kursu i tego co najważniejsze, czyli magisterki. Szczęście całe, wczoraj wypracowałam w końcu ostateczną wersję mojego tematu i jeśli będzie taka potrzeba, to zawalczę, aby nimkt mi w niego nosa nie wtrącał za bardzo;). Dokładnie - mój promotor, do któego póki co dość sceptycznie nastawiona jestem. Mam nadzieję, że będę miała okazję się co do tego rozczarować:P.
W końcu udało mi się zwiedzić trochę chociaż szwedzką stolicę i wrażenia bardzo pozytywne:). Dużo bardziej pełne życia niż pozostała część kraju, a tego mi ostatnio bardzo brakowało. Jeszcze przed wyjazdem w sierpniu nie pomyślałabym, że będę tęsknić za tłumem na ulicach, za "delikatnym" tłokiem w tramwaju i nawet za korkami:). Po prostu - za tętniącym 24h na dobę życiem miastem:). Bo, że w końcu ja sama będę chciała mieć więcej niż mniej zajęć do zrobienia, to mogłam się po sobie spodziewać, jako że pracoholizm ciężko wyleczyć;). Nawet na odległej, niezwykle spokojnej i cichej Północy. Przynajmniej jednak człowiek zdaje sobie w końcu sprawę z tego, że to "paskudztwo" go dopadło, trzyma i nie puści;). Przynajmniej na razie. Zbyt wiele rzeczy do zrobienia jest, aby się go wyzbywać.
Ostatnio strasznie szybko ucieka mi tutaj czas, z czego jestem nawet zadowolona, bo wcześniej wolny upływ czasu niesamowicie mnie drażnił, ale z drugiej strony... Teraz czeka mnie naprawdę intensywny wysiłek intelektualny w związku z pisaniem magisterki. No i za chwilę już znowu wylatuję do Polski:) Tego, że tak często będę w odwiedziny wpadać, też nie przewidziałam;). Tak więc teraz niecałe 3 tyg, które, to już wiem, miną bardzo szybko. Potem czekam na odwiedziny ekipy z IPSu i w drogę w Szwecyję!
A teraz do biegania uciekam, bo pora na trening, a pogoda fantastyczna:).
Dzisiaj jednak coś mnie natchnęło... Mam wrażenie, że to skumulowany efekt wiosennej już bardzo pogody (choć śnieg jeszcze spokojnie sobie leży, delikatnie dając się jedynie podtopić odważniejszemu już coraz bardziej słońcu) i niesamowitego zapachu, jaki sobie zafundowałam w pokoju odżałowując 10 koron na doniczkę pięknych żonkili:). Aż nawet wysprzątałam dokładnie pokój by zapach mógł się rozgościć w jak najlepszych warunkach:).
Na chwilę obecną niemal już skończyłam wszelkie "regularne" zajęcia na uniwerku Falunowym, pozostało napisanie pracy końcowej z ostatniego kursu i tego co najważniejsze, czyli magisterki. Szczęście całe, wczoraj wypracowałam w końcu ostateczną wersję mojego tematu i jeśli będzie taka potrzeba, to zawalczę, aby nimkt mi w niego nosa nie wtrącał za bardzo;). Dokładnie - mój promotor, do któego póki co dość sceptycznie nastawiona jestem. Mam nadzieję, że będę miała okazję się co do tego rozczarować:P.
W końcu udało mi się zwiedzić trochę chociaż szwedzką stolicę i wrażenia bardzo pozytywne:). Dużo bardziej pełne życia niż pozostała część kraju, a tego mi ostatnio bardzo brakowało. Jeszcze przed wyjazdem w sierpniu nie pomyślałabym, że będę tęsknić za tłumem na ulicach, za "delikatnym" tłokiem w tramwaju i nawet za korkami:). Po prostu - za tętniącym 24h na dobę życiem miastem:). Bo, że w końcu ja sama będę chciała mieć więcej niż mniej zajęć do zrobienia, to mogłam się po sobie spodziewać, jako że pracoholizm ciężko wyleczyć;). Nawet na odległej, niezwykle spokojnej i cichej Północy. Przynajmniej jednak człowiek zdaje sobie w końcu sprawę z tego, że to "paskudztwo" go dopadło, trzyma i nie puści;). Przynajmniej na razie. Zbyt wiele rzeczy do zrobienia jest, aby się go wyzbywać.
Ostatnio strasznie szybko ucieka mi tutaj czas, z czego jestem nawet zadowolona, bo wcześniej wolny upływ czasu niesamowicie mnie drażnił, ale z drugiej strony... Teraz czeka mnie naprawdę intensywny wysiłek intelektualny w związku z pisaniem magisterki. No i za chwilę już znowu wylatuję do Polski:) Tego, że tak często będę w odwiedziny wpadać, też nie przewidziałam;). Tak więc teraz niecałe 3 tyg, które, to już wiem, miną bardzo szybko. Potem czekam na odwiedziny ekipy z IPSu i w drogę w Szwecyję!
A teraz do biegania uciekam, bo pora na trening, a pogoda fantastyczna:).
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
